Z życia wzięte. "Mieszkam z mężem i córką w wynajętym mieszkaniu": A moja matka sprzedała mieszkanie za grosze

zycie.news 2 godzin temu

Każda podwyżka czynszu to dla nas noc bez snu, każda rysa na podłodze to lęk przed utratą kaucji. Ja, mój mąż i nasza sześcioletnia córka gnieździmy się w dwóch pokojach, oszczędzając na każdym produkcie w koszyku, byle tylko uzbierać na mityczny wkład własny.

Mieliśmy jednak nadzieję. W centrum miasta stało mieszkanie po moich dziadkach. Moja matka, jako jedyna spadkobierczyni, od lat powtarzała: „To dla was, na start, żebyście nie musieli się tułać”. To mieszkanie było naszą kotwicą, obietnicą, iż kiedyś Amelia będzie miała swój własny pokój, z którego nikt jej nie wygoni.

Wczoraj poszłam do matki z nowym katalogiem mebli dziecięcych. Chciałam zapytać, kiedy możemy zacząć remont, bo obecny właściciel naszego lokum właśnie wypowiedział nam umowę.

Zastałam ją przy stole, popijającą likier i przeglądającą foldery z wycieczkami do egzotycznych krajów. Na jej twarzy malował się ten specyficzny, winny uśmiech, który znałam z dzieciństwa.

– Córeczko, nie gniewaj się... ale sprzedałam to mieszkanie – rzuciła lekkim tonem, jakby mówiła o pozbyciu się starego roweru.

Zamarłam. – Jak to sprzedałaś? Przecież wiedziałaś, iż nie mamy gdzie mieszkać! Za ile?

Kiedy podała kwotę, poczułam, jak robi mi się niedobrze. To była połowa wartości rynkowej. Mieszkanie w kamienicy, warte fortunę, poszło za „psie pieniądze”.

– Potrzebowałam gotówki „na już” – tłumaczyła się, nie patrząc mi w oczy. – Przyszedł taki miły pan, dał mi gotówkę do ręki, nie chciało mi się użerać z rzeczoznawcami, z ogłoszeniami, z pokazywaniem lokalu... Chcę w końcu trochę pożyć, Ewa! Chcę zobaczyć świat, kupić sobie porządne futro, a nie wiecznie myśleć o waszych problemach. Wy jesteście młodzi, zarobicie sobie.

Stałam tam, patrząc na kobietę, która właśnie przehandlowała przyszłość swojej wnuczki za kilka tygodni luksusu i wycieczkę pod palmy. Te pieniądze, które dla nas byłyby ratunkiem, w jej rękach rozejdą się w kilka miesięcy.

– Sprzedałaś nasze jedyne schronienie za ułamek ceny, bo „nie chciało ci się czekać”? – mój głos drżał z wściekłości. – Amelia śpi na rozkładanym fotelu, bo w tej kawalerce nie mieści się łóżko, a ty sprzedajesz jej dziedzictwo za psie pieniądze?

Wróciłam do naszego wynajętego mieszkania. Patrzyłam na córkę bawiącą się na dywanie, który musimy zwinąć za dwa tygodnie, i na męża, który właśnie liczył, ile nadgodzin musi wziąć, by starczyło na nową kaucję. Nie miałam serca im powiedzieć, iż nasze marzenie o własnym kącie właśnie odleciało klasą biznes w stronę ciepłych krajów.

Moja matka zawsze uważała się za ofiarę losu, a teraz stała się katem naszej stabilizacji. Sprzedała mieszkanie za bezcen, nie myśląc o tym, iż dla nas te ściany były warte więcej niż całe złoto świata. Zostały nam kartony, niepewność i gorycz, której nie uleczy żadna egzotyczna pocztówka, którą matka pewnie nam przyśle z „wielkiego świata”.

Idź do oryginalnego materiału