Słuchaj, wczoraj rano obudził mnie dziki sen, iż mój synek, Jasiu, stał na ganku i stuknął w drzwi. Odruchowo podskoczyłam, bosymi stopami pobiegłam do drzwi, aż się wyczerpałam i przyparłam się do framugi. Cicho, nikogo nie było takie sny przychodzą mi często i zawsze mnie zwodzą, ale i tak biegnę, otwieram drzwi szeroko i wpatruję się w ciemność nocy.
W ciszy, przy słabym świetle księżyca, usiadłam na stopniu i nagle usłyszałam jakiś szmer, jakby piszczenie albo szelest. Pomyślałam, iż znowu kot sąsiada się zaplątał w krzak czarnego bzu, i pobiegłam go uwolnić, tak jak robiłam to już nie raz. Ale to nie był kot. Kiedy wyciągnęłam z krzaka szmatkę, okazało się, iż to stara, barwna pieluszka, a pod nią leżało maleństwo. Był to nagi chłopiec, chyba odrzucony, bo wciąż miał pępek.
Z wyglądu nie miał choćby kilku dni. Był mokry, wyczerpany i prawdopodobnie głodny. Gdy go podniosłam, lekko pisnął. Nie myśląc, przycisnęłam go do siebie i wpadłam do domu, chwyciłam czystą prześcieradło, zawinęłam go i położyłam pod ciepłym kocem. Wkopałam się w kuchnię, zagotowałam mleko, wyprałam buteleczkę i znalazłam smoczek, który jeszcze miałam od wiosny, kiedy karmiłam koźlątko. Jasiu chrapał z zachcianką, ale po chwili, najpierw rozgrzany, potem najedzony, zasnął.
Świt wstawał, a ja wciąż siedziałam, rozmyślając o tym znajdźcu. Mam już ponad czterdzieści lat, w naszej wsi młodzież nazywa mnie już ciocią. Męża i syna straciłam w wojnie w ciągu jednego roku i od tego czasu żyję sama. Nie potrafiłam przywyknąć do samotności, ale twarda rzeczywistość przypominała mi o tym co dzień, aż w końcu nauczyłam się polegać tylko na sobie. Teraz nie wiedziałam, co robić dalej. Spojrzałam na śpiącego chłopca, który sapał jak każde niemowlę, i pomyślałam, iż powinnam pogadać z sąsiadką. Pobiegłam więc do Grażyny.
Grażyna prowadziła życie spokojne nigdy nie miała męża ani dzieci, nie straciła nikogo w wojnie i nie musiała organizować żadnych pogrzebów. Żyła po swojemu, a jej kochankowie przychodzili i odchodzili, bo nie miała zamiaru ich zatrzymywać. Właśnie stała na swoim ganku w szarym płaszczyku, rozciągając się w promieniach wschodzącego słońca. Po wysłuchaniu mojego opisu wydarzenia odrzekła krótko:
No i po co ci to? i weszła do domu. Zauważyłam przy jej oknie drżącą zasłonę chyba miał jakikolwiek nocny gość. Po co? Naprawdę po co? szepnęłam, wracając do domu.
Zebrałam Jasia, położyłam go w suchym ręczniku, spakowałam jedzenie na drogę i ruszyłam szukać transportu do miasta. Po pięciu minutach przy mnie zatrzymał się ciężarówka jadąca do Warszawy.
Do szpitala? zapytał kierowca, wskazując na wiązkę w moich rękach.
Do szpitala odpowiedziałam spokojnie.
W przytułku, gdzie wypełnialiśmy papiery za dziecko, nie mogłam przestać myśleć, iż coś robię nie tak, iż mam w sercu jakąś smutną dziurkę. Czułam pustkę, jaką znałam po stracie męża i syna.
Jak go nazwiesz? Jakie ma imię? zapytała opiekunka.
Imię? odparłam, zastanawiając się chwilę, a potem nagle: Jasiu.
Ładne imię powiedziała. Mamy tu po wojnie wiele Jasi i Kasi. Nie wiadomo, kto ich porzucił, ale musimy się nimi opiekować.
Słowa nie były skierowane do mnie, a jednak serce zacięło się w piersi. Wróciwszy pod wieczór do mojego pustego domu, zapaliłam lampę i zobaczyłam starą pieluszkę Jasia, którą odłożyłam na bok. Wzięłam ją w dłonie i usiadłam na łóżku, przeglądając mokrą tkaninę. W rogu znalazłam mały węzełek z szarym kartkiem i małym cynkowym krzyżykiem na sznurku. Otworzyłam kartkę i przeczytałam:
Droga, dobra kobieto, przepraszam. Nie potrzebuję tego dziecka, zgubiłam się w życiu, jutro już mnie nie będzie. Nie zostawiaj mojego synka, zrób dla niego to, czego nie mogę zrobić.
Pod kartką była data urodzenia.
Łzy popłynęły mi po policzkach, jakby to był ostatni pożegnanie. Płakałam, wspominając, jak kiedyś wychodziłam za mąż, jak wtedy byliśmy szczęśliwi. Potem przyszedł Jasiu i znów szczęście. W wiosce kobiety zazdrościły mi, bo promieniowałam radością. Mąż, syn kochani, mężczyźni kochali mnie i czcili. Przed wojną syn skończył kursy kierowców i obiecał, iż odwiezie mnie nowym autem z kołchozu. A wtedy wojna
W sierpniu czterdziestego drugiego dostałam pamiątkę po ukochanym mężu, a w październiku po synu. Po tym wszystko się skończyło, świat przygasł. Stałam się taką samą, jak wiele wsianków w nocy biegałam do drzwi, otwierałam je i wpatrywałam się w ciemność, gdzie nie było nikogo, tylko szelesty i biedny kot sąsiada. Tej nocy nie mogłam zasnąć, biegałam po podwórku, słuchałam nocy i czekałam na coś.
Rano znów pojechałam do miasta. Opiekunka od razu mnie rozpoznała i nie zdziwiła się, iż chcę zabrać chłopca z powrotem, bo tak rozkazał mi mój zmarły syn.
Dobrze odpowiedziała zabierz go, pomożemy z dokumentami.
Zwinęłam Jasia w koc i wyszłam z przytułku z innym sercem nie było już tej pożerającej smutku pustki, co trzymała mnie latami. Zajęły je nowe uczucia euforia i miłość. jeżeli los ma przeznaczyć człowiekowi szczęście, to przyjdzie. W pustym domu przywitały mnie zdjęcia męża i syna na ścianie, ale ich twarze wydawały się inne łagodniejsze, bardziej otwarte, jakby dawały mi wsparcie. Przytuliłam Jasia i poczułam, iż jestem silna, bo on jeszcze długo będzie potrzebował mojej troski.
Czy pomożecie mi? szepnęłam do zdjęć.
Minęło dwadzieścia lat. Jasiu wyrosł na przystojnego młodzieńca, o którym marowało wiele dziewczyn, ale wybrał jedną, najukochańszą po mamie Łucję. Przedstawił ją kiedyś matce, a ja od razu zrozumiałam, iż mój syn stał się prawdziwym mężczyzną. Pobłogosławiłam ich, weselały się, zakładali własny domek, a ich dzieci przyniosły kolejnego Jasia. Teraz mam całą rodzinę.
Pewnej nocy obudził mnie hałas za oknem. Podobnie jak zawsze, podbiegłam do drzwi, otworzyłam je i wyszłam na podwórko. Nadciągała burza, a w oddali migało światło.
Dziękuję ci, synku szepnęłam w ciemność teraz mam trzech Jasiaków i kocham was wszystkich.
Drzewo przy wejściu, które posadził mój mąż, trzaskało w wietrze, a błyskawica rozświetliła niebo, jakby uśmiech Jasia rozświetlał moje życie.











