Babcie na Wygodę – Opowieść o Elenie i Katarzynie, które w szpitalnej sali odkrywają cenę poświęcenia, tęsknoty i czekania na telefon od dzieci. Wspólnie próbują znaleźć odpowiedź, jak odzyskać własne życie, gdy rodzina widzi w tobie tylko pomoc „na zawołanie”.

twojacena.pl 4 godzin temu

Wiesz co, muszę Ci opowiedzieć, co przeżyłam w szpitalu takich babskich rozmów dawno nie miałam. Obudził mnie śmiech. Nie jakieś tam ciche chichoty, nie, taki rechot na cały pokój, aż ściany drżały. Już przez całe życie nie mogłam znieść takiego śmiechu, a tu w szpitalu koszmar! Okazało się, iż to moja współlokatorka z łóżka obok gada przez telefon, wymachuje ręką, jakby tamta osoba ją widziała.

Ela, no Ty jesteś niemożliwa! Naprawdę tak powiedział? Przy wszystkich?

Patrzę na zegarek szósta czterdzieści pięć. Do pobudki jeszcze kwadrans, moje upragnione piętnaście minut ciszy przed operacją

Wczoraj mnie przywieźli i już leżała na swoim łóżku, stukała w telefon, ledwo przywitała się: Dobry wieczór Dobry. I cisza, w końcu każdy chce być sam ze swoimi myślami. choćby się cieszyłam, iż nie zagaduje. A tu taki cyrk od rana.

Przepraszam, może trochę ciszej? mówię spokojnie, ale dość stanowczo.

Odwraca się, taka okrągła twarz, krótkie siwe włosy, choćby nie daje się im spokoju farbą, kolorowa piżama w czerwone grochy w szpitalu!

Ojej, Ela, zadzwonię potem, bo mnie tu już ktoś wychowuje śmieje się, odkłada telefon i do mnie z uśmiechem: Przepraszam! Jestem Ewa Kowalczyk. Wyspana pani? Ja to zawsze całą noc nie śpię przed zabiegiem, więc dzwonię do wszystkich znajomych.

Maria Nowak. jeżeli pani nie może spać, to nie znaczy, iż inni nie chcą.

Ale pani już przecież nie śpi puszcza oczko. Dobra, będę szeptać, obiecuję.

No, nie szeptała. Przed śniadaniem zdążyła zadzwonić jeszcze dwa razy, za każdym razem coraz głośniej. Wzięłam się i odwróciłam do ściany, przykryłam głowę kołdrą, ale to nic nie dało.

To moja córka dzwoniła tłumaczyła przy śniadaniu, chociaż żadna z nas nie miała apetytu. Martwi się przed zabiegiem, biedulka. Uspokajam ją, jak umiem.

Nic jej nie odparłam. Syn w ogóle nie zadzwonił. Zresztą sam mówił, iż rano ma ważne zebranie. Dobrze go nauczyłam: praca najważniejsza, obowiązek przede wszystkim.

Ewę na zabieg zabrali pierwszą. Szła przez korytarz, machając ręką na pożegnanie, jeszcze coś wołała do pielęgniarki, obie się śmiały. Marzyłam wtedy, żeby ją może przerzucili do innej sali po operacji.

Mnie zabrali godzinę później. Narkoza zawsze mi ciężko szła, potem mdłości, ból w prawym boku. Pielęgniarka tłumaczyła, iż wszystko poszło dobrze, tylko trzeba wytrzymać. Ja w tym zawsze byłam dobra.

Wieczorem, gdy wróciłam na salę, Ewa już leżała. Twarz popielata, oczy zamknięte, kroplówka w ręce cicho. Pierwszy raz cicho.

Jak się pani czuje? spytałam, choć wcale nie miałam ochoty zaczynać rozmowy.

Ewa ledwo otworzyła oczy, uśmiechnęła się słabo.

No, żyję. A pani?

Też.

Zamilkłyśmy. Za oknem już szarówka, słychać było tylko szum kroplówek.

Przepraszam za rano powiedziała nagle Ewa. Jak się stresuję, to nie potrafię przestać gadać. Wiem, iż to wkurza i próbuję się kontrolować, ale wtedy nie umiem.

Chciałam jej coś doczepić, ale byłam za bardzo zmęczona. Tylko mruknęłam:

Nic się nie stało.

W nocy obie nie spałyśmy. Bolało nas. Ewa nie dzwoniła więcej, leżała cicho, ale słyszałam, jak kręci się na łóżku, wzdycha. Raz, mam wrażenie, cicho płakała w poduszkę.

Rano przyszła lekarka. Sprawdziła szwy, zmierzyła temperaturę, uśmiechnęła się: No, grzeczne panie, wszystko dobrze! Ewa natychmiast złapała za telefon.

Ela, hej! Żyję, już dobrze, nie martw się. Co u moich? Kuba naprawdę miał gorączkę? A ty mu Już wszystko ok? Wiedziałam, iż nic mu nie będzie.

Nasłuchiwałam mimo woli to moje to chyba wnuki. Córka do niej dzwoni. Mój telefon głuchy. Sprawdzam dwie wiadomości od syna z poprzedniego wieczora: Mamo, jak tam? i Napisz jak będziesz mogła. Wysłałam: Wszystko dobrze i dodałam uśmieszek. On zawsze powtarzał, iż bez emotek wydaje się, jakbym była oschła.

Odpisał po trzech godzinach: Super, całuję!

Nikt nie przyjeżdża do pani? zagaduje Ewa po południu.

Syn pracuje, mieszka daleko. Poza tym nie ma potrzeby, nie jestem dzieckiem.

Prawda kiwa głową. Moja też mówi: mamo, radzisz sobie, po co mam przyjeżdżać. jeżeli wszystko gra, to po co?

Zaciekawiła mnie jej mina. Uśmiechała się, ale oczy jakby całkiem smutne.

Ile ma pani wnuków?

Trójkę. Kuba najstarszy, ma osiem lat. Potem Marysia i Leon mają trzy i cztery. Ewa sięga po telefon. Pokażę pani zdjęcia?

Pokazywała chyba z dwadzieścia minut. Dzieci na działce, dzieci nad morzem, dzieci z tortem. Na każdym była ona przytulała je, całowała, wygłupiała się. Córki na żadnym zdjęciu.

To córka robi zdjęcia tłumaczyła. Nie lubi być przed obiektywem.

Często są u pani?

Oj, raczej to ja mieszkam u nich. Córka pracuje, zięć też, więc odbieram z przedszkola, odrabiam lekcje, gotuję.

Przytaknęłam. U mnie było podobnie pierwsze lata wnuka byłam prawie codziennie. Potem coraz rzadziej, teraz może raz w miesiącu, w niedzielę, jak im pasuje.

A pani?

Jeden wnuk. Dziewięć lat. Uczy się dobrze, chodzi na treningi.

Widzicie się często?

Czasem w niedzielę. Oni są bardzo zajęci. Rozumiem to.

Tak Ewa spojrzała przez okno. Zajęci.

Zamilkłyśmy. Za szybą zaczął padać deszcz.

Wieczorem Ewa nagle mówi:

Nie chcę wracać do domu.

Podnoszę wzrok. Siedzi na łóżku, kolana pod brodą, patrzy w podłogę.

Naprawdę nie chcę. Przemyślałam i nie chcę.

Czemu?

A po co? Przyjadę, a tam Kuba nie zrobił lekcji, Marysia z katarem, Leon spodnie podarte. Córka w pracy do wieczora, zięć na wyjazdach. I ja pranie, gotowanie, sprzątaj, pomagaj. choćby urwała. choćby dziękuję nie powiedzą. Bo babcia to przecież musi.

Bałam się odezwać, bo gula mi stanęła w gardle.

Przepraszam otarła łzy. Trochę się rozwaliłam.

Nie przepraszaj powiedziałam cicho. Ja pięć lat temu przeszłam na emeryturę, miałam wreszcie zająć się sobą. Do teatru iść, na wystawy, zaczęłam choćby kurs francuskiego. Wytrzymałam dwa tygodnie.

I co się stało?

Synowa poszła na macierzyński i poprosiła o pomoc. Bo babcia jest, nie pracuje, na pewno się nie zmęczy. Nie umiałam odmówić.

I jak było?

Codziennie przez trzy lata. Potem wnuk do przedszkola co drugi dzień, potem szkoła raz w tygodniu. Teraz już ich nie potrzebuję tak bardzo. Mają opiekunkę, a ja siedzę w domu i czekam na telefon. Jak nie zapomną.

Ewa kiwnęła głową.

Moja córka w listopadzie miała przyjechać do mnie. Odmalowałam całe mieszkanie, upiekłam drożdżówki. Zadzwoniła: mama, Kuba ma sekcję, nie damy rady.

I nie przyjechała?

Nie. Drożdżówki zaniosłam sąsiadce.

Siedziałyśmy w ciszy, a deszcz dzwonił w szybę.

Wiesz, co boli najbardziej? westchnęła Ewa. Nie to, iż nie przyjeżdżają. To, iż wciąż czekam. Ściskam telefon i myślę: może zadzwonią sami, nie po coś, tylko, bo tęsknią.

Poczułam, jak coś mi ściska gardło.

Ja też czekam. Zawsze, jak dzwoni telefon, myślę, iż może syn zadzwoni pogadać, bez powodu. Ale nie Zawsze coś chce.

Bo my mamy zawsze ratować, prawda? Ewa się zaśmiała cicho. My-mamy.

Tak.

Następnego dnia miałyśmy zmianę opatrunków bolało okropnie. Leżałyśmy potem półżywe. I nagle Ewa mówi:

Zawsze myślałam, iż mam szczęśliwą rodzinę. Kochaną córkę, dobrego zięcia, cudne wnuki. Że jestem im potrzebna. Że beze mnie nie dadzą rady.

I?

Dopiero tu zrozumiałam, iż świetnie sobie radzą beze mnie. Moja cztery dni ani razu się nie poskarżyła, iż jej ciężko. Przeciwnie, uśmiechnięta, zadowolona. Czyli mogą. Po prostu wygodnie mieć babcię-darmową-nianię.

Oparłam się na łokciu.

Wiesz co ja zrozumiałam? Że sama sobie winna jestem. Nauczyłam syna, iż mama zawsze zrozumie, pomoże, poczeka. Jego plany zawsze ważniejsze.

Ja też tak. Jak córka dzwoni, to rzucam wszystko.

Przyzwyczaiłyśmy ich, iż my nie jesteśmy ludźmi powiedziałam cicho. Że nie mamy swojego życia.

Ewa pokiwała głową. Dłuższą chwilę milczała.

I co teraz?

Nie wiem

Na piąty dzień wstałam już sama z łóżka. Szóstego przeszłam na koniec korytarza i z powrotem. Ewa dzień później, ale i tak się nie poddawała. Chodziłyśmy razem, powoli, bo ściany były przyjazne do podparcia.

Po śmierci męża totalnie się pogubiłam wspominała Ewa. Córka powiedziała: Mamo, teraz masz nowy sens wnuki! I żyłam dla nich No, ale to taki sens na jedną stronę, wiesz? Ja dla nich, oni dla mnie, tylko jak trzeba im pomóc.

Opowiedziałam jej o rozwodzie trzydzieści lat temu, syn miał ledwo pięć lat. Samotność, nocne uczelnie, dwie prace.

Wydawało mi się, iż jak będę idealną mamą, to on będzie idealnym synem. Że jak wszystko dam, to będzie wdzięczny.

A on dorósł i żyje swoim życiem dodała Ewa.

Tak I chyba to naturalne. Ale nie sądziłam, iż aż taka samotność się zrobi.

Ja też nie.

Siódmego dnia pojawił się syn. Bez zapowiedzi. Siedziałam właśnie na łóżku z książką, a on nagle wchodzi. Wysoki, elegancki, nowy płaszcz, siatka z owocami.

Cześć, mamo! podszedł, pocałował mnie w czoło. Dobrze się czujesz?

Lepiej.

Super! Lekarka mówiła, iż za trzy dni do domu. Może przyjedziesz do nas? Anka mówi, iż pokój gościnny pusty.

Dziękuję, wolę u siebie.

Jak wolisz. Ale dzwoń, jak co zabierzemy Cię.

Był może dwadzieścia minut. Opowiadał o pracy, wnuku, nowym samochodzie. Zapytał, czy nie trzeba pieniędzy. Obiecał, iż za tydzień wpadnie. I szybciutko wyszedł, odetchnął, jakby mu ulżyło.

Ewa leżała na łóżku z zamkniętymi oczami. Gdy drzwi się zamknęły, spojrzała na mnie.

Twój?

Mój.

Przystojny.

Tak

I zimny jak lód.

Nie odpowiedziałam, ścisnęło mnie w gardle.

Wiesz co powiedziała Ewa cichutko pomyślałam, iż może trzeba przestać czekać od nich uczucia. Odpuścić, zaakceptować, iż mają swoje życie. A my poszukać własnego.

Łatwo mówić.

Trudno zrobić. Ale co zostało? Czekać bez końca, czy spróbować żyć?

I co powiedziałaś córce? zapytałam, sama się zdziwiłam, iż przeszłam na ty.

Że po wypisie muszę dwa tygodnie odpoczywać. Lekarz zabronił się przemęczać z wnukami nie usiądę.

Obraziła się?

Oj, bardzo. Ewa się uśmiechnęła. Ale wiesz co? Ulżyło mi. Jakby kamień z serca.

Zamknęłam oczy.

Boję się. jeżeli odmówię, zupełnie przestaną się odzywać.

A teraz dzwonią często?

Cisza.

No widzisz gorzej już nie będzie. A lepiej kto wie?

Ósmego dnia nas wypisali, obie na raz. Pakowałyśmy się w milczeniu, jakby to już pożegnanie na całe życie.

Wymienimy się telefonami? zaproponowała Ewa.

Kiwnęłam głową. Zapisałyśmy numery, chwilę patrzyłyśmy na siebie.

Dziękuję, iż byłaś ze mną mówię szczerze.

I ja dziękuję. Dawno z nikim tak nie rozmawiałam, po ludzku.

Ja też.

Uścisnęłyśmy się, delikatnie, żeby nie dotknąć ran. Pielęgniarka przyniosła wypisy, zawołała taksówkę. Pojechałam pierwsza.

W domu było dziwnie cicho. Rozpakowałam torbę, wzięłam prysznic, położyłam się na kanapie. Sprawdziłam telefon trzy wiadomości od syna: Już jesteś w domu?, Zadzwoń proszę jak dotrzesz, Nie zapomnij o lekach.

Odpisałam: Jestem. Wszystko dobrze. Odłożyłam telefon.

Podniosłam się, podeszłam do szafy. Wyciągnęłam teczkę, nieotwieraną od pięciu lat. Była tam broszura kursów francuskiego i wydrukowany repertuar filharmonii. Patrzyłam na nie i myślałam.

Telefon zadzwonił. Ewa.

Cześć. Wybacz, iż od razu dzwonię po prostu tak poczułam.

Bardzo się cieszę.

A słuchaj Może spotkamy się, jak już obie dojdziemy do siebie? Za dwa tygodnie? Kawka, spacer? jeżeli masz ochotę oczywiście.

Spojrzałam na broszurę w dłoni, potem na telefon.

Bardzo mam. I wiesz co? A może już w sobotę? Mam dość siedzenia w domu.

W sobotę? Serio? Lekarz mówił

Mówił. Ale trzydzieści lat wszystkich oszczędzałam. Może teraz czas o siebie zadbać?

Umówione. Sobota!

Pożegnałyśmy się, a ja znów sięgnęłam po broszurę. Kurs zaczynał się za miesiąc. Jeszcze można było się zapisać.

Wyciągnęłam laptop, zaczęłam wypełniać zgłoszenie. Ręce mi się trzęsły, ale wypełniłam wszystko do końca.

Za oknem padał deszcz, ale zza chmur zaczynało przebłyskiwać słońce. Słabe, jesienne, ale jednak słońce.

I wtedy pomyślałam, iż może życie tak naprawdę dopiero się zaczyna. Wysłałam zgłoszenie.

Idź do oryginalnego materiału