– Idź stąd! Mówię ci: znikaj! Po co się tu pałętasz?! – krzyknęła pani Klaudia, trzaskając na stół pod rozłożystą jabłonią wielką miską gorących pierogów i odpychając syna sąsiadki. – Marsz do siebie! Kiedy twoja matka wreszcie się tobą zajmie?! Leń jeden! Chudy jak patyk Saszko, którego nikt nie wołał po imieniu, bo wszyscy już dawno przywykli do jego ksywki, spojrzał na surową sąsiadkę i powlókł się pod swój ganek. Ogromna kamienica podzielona na kilka mieszkań była zamieszkała tylko częściowo. Tu żyły tak naprawdę dwie i pół rodziny: Pokotylowie, Semenowie i Karpenkowie – czyli Kasia i Saszko. Ci ostatni byli właśnie tą „połówką”, z którą niezbyt się liczono i którą z reguły ignorowano, póki nie pojawiła się jakaś pilna potrzeba. Kasia nie uchodziła za nikogo ważnego, więc i czasu szkoda było na nią marnować. Katarzyna, poza synem, nie miała nikogo – ani męża, ani rodziców. Radziła sobie, jak tylko potrafiła, a na sąsiedzkie spojrzenia odpowiadała spokojem, rzadko wdając się w utarczki, chyba iż ktoś zaczął przeganiać Saszka, którego przezywano Konikiem ze względu na długie, chude ręce, nogi i wielką głowę, ledwie trzymającą się na cienkiej szyi. Konik nie tylko był bardzo niepozorny i lękliwy, ale niesamowicie dobry. Mijał płaczące dzieci, by zaraz pocieszać, co często kończyło się naganą od matek – bo nie życzyły sobie, by ten „Straszydło” kręcił się przy ich dzieciach. Kim jest Straszydło, Saszko nie wiedział. Do czasu, gdy mama podarowała mu książkę o dziewczynce Elżbiecie – wtedy zrozumiał, skąd ta ksywka. Ale obrażać się nie zamierzał. Pomyślał raczej, iż wszyscy, co tak mówią, czytali tę książkę i wiedzą, prowincjonalne bohaterskie dziecko, iż Straszydło było mądre i dobre i wszystkim pomagało, a potem zostało władcą pięknego miasta. Katarzyna, do której syn przyszedł z tą refleksją, nie wyprowadzała go z błędu – uznając, iż dobrze, jeżeli chłopiec patrzy na ludzi lepszym wzrokiem, niż sam świat na to zasługuje. W końcu zła i tak na świecie niemało – a jej syn jeszcze zdąży się go napić całymi wiadrami. Niech się chociaż dzieciństwem nacieszy… Swojego syna Katarzyna kochała do szaleństwa. Ojcu Saszka już dawno wybaczyła nieodpowiedzialność i zdradę, godząc się z losem tuż po jego narodzinach i kilkakrotnie strofując położną, gdy ta powiedziała, iż chłopiec urodził się „nie taki jak trzeba”. – Co za bzdury! Mój syn jest najpiękniejszy na świecie! – Kto się spiera! Tylko rozumnym, o, to on nie będzie… – To się jeszcze zobaczy! – odpowiadała Kasia, głaszcząc policzki malca i tonąc w łzach. Przez pierwsze dwa lata nieustannie biegała z Saszkiem po lekarzach, aż w końcu zainteresowano się chłopakiem na poważnie. Woziła go do miasta, trzęsąc się w starym autosanie i mocno przytulając szczelnie opatulonego synka. Nie zwracała uwagi na spojrzenia, a jeżeli ktoś zaczynał ją pocieszać bądź rzucać dobre rady, w jednej chwili przemieniała się w prawdziwą wilczycę: – Swoje do domu dziecka oddaj! Nie? No to nie pouczaj mnie – sama wiem, co robić! Do dwóch lat Saszko się wyrównał, nabrał ciała i prawie nie różnił się rozwojem od innych dzieci. Przystojniakiem, co prawda, nie został: głowa duża, lekko spłaszczona, kończyny patykowate, a chudość, z którą Kasia walczyła wszelkimi sposobami. Wszystko oddawała synowi – sobie odejmując – i to nie mogło nie poprawić jego zdrowia. Choć z wyglądu niepozorny, niemal przestał niepokoić lekarzy. Patrzyli tylko, jak drobniutka Kasia tuli swojego Konika. – Takie matki to rzadkość! Dziecku groziła niepełnosprawność, a tu proszę! Bohater! Geniusz po prostu! – No pewnie! Mój chłopiec taki właśnie jest! – Nie o dziecku, Kasiu, mowa, o tobie! To ty jesteś bohaterką! Kasia wzruszała ramionami – nie mogła zrozumieć, za co ją chwalą. Przecież matka powinna dbać o dziecko i je kochać – gdzie tu zasługa? Robi to, co trzeba. Kiedy Saszko szedł do pierwszej klasy, czytał, pisał i liczył bez problemu, ale jąkał się, co czasem niweczyło jego dorobek. – Sasza, wystarczy, dziękuję! – przerywała mu nauczycielka, dając szansę innym. A później narzekała w pokoju nauczycielskim, iż chłopak mądry, ale słuchać go trudno. Na szczęście przetrwała w szkole tylko dwa lata – wyszła za mąż i poszła w urlop macierzyński, a Saszka przejęła nowa pani. Maria Iliniczna była już po sześćdziesiątce, ale nie straciła pasji i zaangażowania. gwałtownie odkryła, kim jest Konik. Porozmawiała z Kasią, wysłała ją do logopedy, a Konika poprosiła o przekazywanie prac pisemnych. – Tak pięknie piszesz! Przyjemność czytać! Konik rozkwitał od pochwał, a Maria Iliniczna czytała jego odpowiedzi na głos, zaznaczając, jak utalentowanego ucznia ma w klasie. Kasia płakała ze wzruszenia i gotowa była całować ją po rękach za dobroć względem syna, ale pani Maria nie pozwalała na wdzięczność. – Czy pani zwariowała?! To moja praca! A chłopiec cudowny! Wszystko mu się uda, zobaczy pani! Do szkoły Saszko biegł w podskokach – czym rozbawiał sąsiadów. – O! Nasz Konik poleciał! Pewnie czas na zmianę warty! Boże, jak natura mogła tak pokrzywdzić dziecko? Po co je zostawiła? Co sądzą o niej i synu sąsiedzi, Kasia wiedziała doskonale – ale nie była kłótliwa. Uważała, iż jeżeli Bóg nie dał komuś serca i duszy, to i tak nie zmusisz go do człowieczeństwa. Lepiej zająć się czymś praktycznym – odnowić dom, posadzić kolejną różę pod gankiem. Ogród był piękny, z klombami pod każdym oknem i małym sadem na tyłach. Nikt się nie kłócił, bo „placyk” przy ganku należał do tego mieszkania, do którego prowadziły schodki. Placyk Kasi był najładniejszy – rosły tam róże i wielki bez, a schodki Kasia wykleiła zdobycznymi kaflami z remontu Domu Kultury. Rozbitych płytek była góra, która na słońcu lśniła jak skarby z odległych krajów. – Dajcie je mnie! – wkroczyła do dyrektora. – Co ci dać? – zdziwił się. – Kafle! Dajcie! Dyrektor się zaśmiał, ale pozwolił. Kasia zdobyła taczkę u sąsiadów i do wieczora przebierała w gruzach, wybierając wymarzone fragmenty. Potem z dumą pchała taczkę przez całe osiedle, a w niej dumnie siedział Konik. – Po co jej te śmieci? – dziwiły się sąsiadki. Zachwyciły się po kilku tygodniach, widząc, co Kasia wyczarowała z niczego. Nigdy nie była w muzeum ani za granicą… Nie widziała również fresków czy wielkich świątyń, ale miała instynkt do piękna. Schodki udekorowane kaflami stały się dziełem sztuki. – Ale patrz! Toż to arcydzieło! Kasia nie komentowała. Jedynym ważnym komplementem były słowa syna: – Mamo, jest przepięknie… Saszko wodził palcem po fikuśnych mozaikach, a Kasia płakała ze szczęścia – jej synek był szczęśliwy. A powodów do euforii nie miał wiele: pochwalą w szkole, mama upiecze coś pysznego, przytuli, szepnie, jaki to mądry i dobry… Ot, całe szczęście. Przyjaciół prawie nie miał – albo nie nadążał za chłopakami, albo wolał czytać niż grać w piłkę. Dziewczęta trzymano od niego z dala – zwłaszcza pani Klaudia, która wychowywała trzy wnuczki. – choćby się do nich nie zbliżaj! – groziła pięścią Konikowi. – To nie dla ciebie! Co działo się w jej głowie po trwałej ondulacji pozostawało niezgadką. Kasia kazała trzymać się z daleka. – Po co ją denerwować? Jeszcze się rozchoruje… Konik przystał i choćby z armatą nie podszedłby bliżej do sąsiadki. Tego dnia, gdy Klaudia szykowała się na święto, Saszko tylko przechodził obok – nie po to, by się bawić. – O rany, moje grzechy! – westchnęła Klaudia, przykrywając pierogi haftowanym ręcznikiem. – Powiedzą, iż skąpa jestem! Zaczekaj! Wybrała dwa pierogi, dogoniła chłopca. – Masz! I żeby mi cię tylko we wsi nikt nie widział! Mamy święto! Siedź grzecznie u siebie, póki mama z roboty nie wróci! Rozumiesz? Saszko kiwnął głową, podziękował za pierogi. Klaudia tymczasem schowała się w kuchni. Goście mieli zaraz przyjechać, przywieźć wnuczki, rodzina już się zbierała – szykowała się wielka uczta. Najmłodsza i ukochana wnuczka, Świetlanka, miała urodziny. Syn sąsiadki, chudy i dużogłowy Szaszko-Konik, nie był jej do niczego potrzebny! Niech dzieci nie straszy! Później będą miały koszmary! Klaudia ciężko westchnęła, przypominając sobie, jak próbowała przekonać Kasię, by zostawiła dziecko. – Gdzie ci, Kaśka, dziecko wychowywać?! Na co ci ta męka? Będzie pił i zmarznie z głodu gdzieś pod płotem! – Widzieliście mnie kiedykolwiek z kieliszkiem w ręku? – ripostowała Kasia prosto z mostu. – To niczego nie zmienia! Z takich bied, jak twoje, jest tylko jedna droga! Ty nie wiesz, co znaczy być matką! Ciebie nie nauczyli! Po co twojemu dziecku się męczyć? Oddaj, póki czas! – A jeszcze czego?! I jak ci nie wstyd, kobieto! Sama matka! – Nie masz się czego wstydzić! Dzieci sama wychowałam! A ty co mu dasz? Nic! Pomyśl! Kasia wtedy z Klaudią przestała się witać. Przechodziła obok z dumnie wypiętym, nieforemnym brzuchem i choćby nie patrzyła w stronę sąsiadki. – Oj, głupia, iż się gniewasz! Chcę ci przecież dobrze! – kręciła głową Klaudia. – Twoje dobro śmierdzi! A ja mam mdłości! – odburkiwała Kaśka, gładząc brzuch. – Nie bój się, maleńki! Nikt cię nie skrzywdzi! O tym, co i kto przez niespełna osiem lat ośmielił się zrobić Konikowi, ten mamie nigdy nie wspominał. Żal mu było matki… jeżeli bardzo go zranili, płakał cicho w kącie, ale milczał. Wiedział, iż mama przejęłaby się jeszcze bardziej niż on sam. Krzywda spływała z niego jak woda po kaczce – łzy czyściły duszę, po pół godziny zapominał, co i kto mu powiedział. Żałował tylko tych dorosłych, co nie rozumieli prostego: bez złości i żalu żyje się lżej… Klaudii Saszko już się nie bał, choć nie pałał sympatią. Gdy tylko coś raniącego powiedziała, Konik uciekał jak najdalej – nie chciał patrzeć w gniewne oczy i słuchać ostrych jak brzytwa słów. Zapytajcie go, o czym w takich chwilach myśli – Klaudia byłaby zaskoczona. Konik jej żałował. Szczerze – tak, jak potrafił tylko on. Było mu żal kobiety, która marnuje swoje minuty na gniew. Minuty Saszko cenił nad życie – wszystko można odzyskać, naprawić, tylko czasu się nie wróci. – Tik-tak! – szepce zegar. I już… Nie ma minutki! Złap – nie złapiesz! Znikła i nie wróci. Nie kupisz, nie wyprosisz za choćby najpiękniejszy papierek po cukierkach. Dorośli jakoś tego nie rozumieli… Siedząc na parapecie w swoim pokoju, Saszko przegryzał pieroga i patrzył, jak na polanie biegają wnuczki Klaudii i inne dzieci – przyszły świętować urodziny Świetlanki. Jubilatka wirowała niczym motyl w różowej sukience, a Saszko patrzył, wyobrażając ją sobie jako księżniczkę lub wróżkę z bajki. Dorośli biesiadowali przy stole pod gankiem Klaudii, dzieci po zabawie pobiegły z piłką pod stary studzien, gdzie było więcej miejsca. Gdy tylko zrozumiał, dokąd biegną, pobiegł do sypialni matki – z tego okna wszystko było widać. Obserwował długo ich grę, aż zaczęło zmierzchać. Ktoś z dzieci zgłodniał, ktoś zaczął nową zabawę. Tylko dziewczynka w różowej sukience kręciła się koło starej studni – Konik ją od razu zauważył. O tym, iż studnia jest niebezpieczna, Kasia nie raz ostrzegała: – Tam wszystko spróchniałe. Chociaż studnia dawno nieużywana, woda w niej jest. Wpadniesz – koniec! Nikt nie usłyszy! Rozumiesz? Nie podchodź! – Nie będę! Moment, w którym Świetlanka poślizgnęła się na krawędzi i zniknęła z pola widzenia, Saszko przegapił. Zadumał się nad chłopakami, którzy coś omawiali w kółku. Rozeszli się po polanie, Saszko rozejrzał się za różową plamką – i zamarł. Świetlanki nie było… Wyleciał na ganek – wystarczyła chwila, by zrozumieć: nie ma jej ani wśród gości, ani na podwórku… Czemu nie pomyślał, by wezwać dorosłych, Saszko nigdy sobie nie odpowiedział. Po prostu zleciał ze schodów i pognał na podwórko, nie słysząc nawet, iż Klaudia wrzasnęła za nim: – Mówiłam, siedź w domu! Bawiące się dzieci nie zwróciły uwagi, iż Saszko podbiegł do studni i dostrzegł coś jasnego na dnie. Krzyknął: – Przytul się do ściany! Bojąc się dusić dziewczynkę, położył się na krawędzi, opuścił nogi, przeczołgał się przez spróchniałe belki i zanurzył się w ciemności. Wiedział, iż liczą się sekundy – Świetlanka nie umiała pływać. Zawsze bała się wody, a babcia nie dopilnowała nauki. Po nałykania się wody, Świetlanka chwyciła się chudych ramion Konika z całych sił. – Już, nie bój się! Jestem z tobą! – objął ją za szyję, tak jak mama uczyła. – Trzymaj się! Będę krzyczał! Ręce ślizgały mu się po śliskim drewnie, dziewczynka ciągnęła na dno, ale Saszko zdołał nabrać powietrza i krzyknąć: – Pomocy! Nie wiedział, iż dzieci z polany rozeszły się, iż dorośli dopiero później się zorientują. Że go usłyszą… Nie wiedział, czy starczy mu sił do przybycia pomocy. Wiedział jedno: mała, śmieszna dziewczynka w różowej sukience musi żyć. Bo piękna na świecie, jak i minut – za mało… Usłyszano go nie od razu. Klaudia, niosąc pieczoną gęś, rozejrzała się za wnuczką – i zamarła: – Świetlanka gdzie?! Goście, lekko podpici, nie mogli od razu zrozumieć, czego chce wściekła gospodyni, która rzuciła potrawę i wrzasnęła tak, iż zatrzęsła się cała wieś. A Saszko zdążył zawołać kilka ostatnich razy, coraz słabiej: – Mamo! Katarzyna, wracając z pracy, nie wiedzieć czemu, przyspieszyła kroku, zapominając o zakupach. Przemknęła obok sklepu, ledwo zauważona przez sąsiadki, i dopadła domu – jakby wiedziała, iż trzeba biec… Na podwórze wbiegła w chwili, gdy Klaudia osiadła na schodkach ganku. Nie wiedząc, co się dzieje, Kasia pognała na tyły, gdzie zwykle bawił się Konik, zdążyła jeszcze usłyszeć głos syna: – Jestem tu, mamusiu! Błyskawicznie domyśliła się, skąd głos. Bała się tej studni od początku. Nie raz prosiła administrację o jej zasypanie – nie pomogli… Jej naprędce wystawiony płotek w niczym nie zabezpieczał dzieci przed nieszczęściem. czasu w myślenie nie było. Kasia pognała do domu, chwyciła sznur do bielizny i wybiegła na ganek: – Chodźcie! Łapcie! Na szczęście zięć Klaudii był trzeźwy, w sekundę przywiązał linę do drobnej Kasi: – Dawaj! Ja cię trzymam! Świetlankę znalazła od razu. Dziewczynka objęła ją od razu i zwiotczała przy niej. Kasią aż zatrzęsło. Saszka nie widziała w ciemności… Błagała Boga jak kiedyś w szpitalu – nie zabieraj! Ręką szukała po wodzie – zdało się, iż minuty biją ją oddechem, ale nie mogła przestać… – Proszę… Coś cienkiego i śliskiego trafiło jej w dłoń. Szarpnęła, wylovując syna. Nie myśląc nawet, czy żyje. Krzyknęła: – Ciągnij! Gdy podnosili ją nad wodą, usłyszała słabe, chrapliwe: – Mamo… Do domu Saszko wrócił po dwóch tygodniach w szpitalu – jako bohater. Świetlankę wypisano szybciej, tylko się przestraszyła. Saszko złamał nadgarstek, długo potem nie mógł oddychać swobodnie, ale ze świadomością, iż mama jest przy nim i iż dziewczynkę uratowało jego poświęcenie. – Chłopaku drogi! Gdyby nie ty… – płakała Klaudia, ściskając Saszka. – Daj znać, czego ci trzeba! – Po co? – wzruszył chudymi ramionami. – Po prostu zrobiłem, co trzeba. Chyba jestem mężczyzną, prawda? Klaudia nie wiedziała, co odpowiedzieć, tylko jeszcze raz objęła chłopca – nie wiedząc, iż ten chudy, niepozorny Konik – przerośnie kiedyś wszystkich, zostanie lekarzem i uratuje wielu, nie pytając, kto jest kim, gdy trzeba będzie znów odpowiadać na wołanie o pomoc. A zapytany kiedyś, czemu to robi, mimo iż sam doświadczył tyle krzywdy, odpowie tylko: – Jestem lekarzem. Tak trzeba. Trzeba żyć. Tak jest po prostu dobrze! *** Nie każ dziecku iść precz! Historia o wielkiej matczynej miłości, odrzuceniu i wytrwałości małego chłopca z bloku na polskim osiedlu, który – choć wyśmiewany, pogardzany za „inność” – udowadnia całej społeczności, iż prawdziwe bohaterstwo rodzi się z dobroci serca, a prawdziwa wartość człowieka nie kryje się w wyglądzie, ale w duszy.

polregion.pl 2 godzin temu

Idź stąd! Mówię ci idź! Co się tu kręcisz?! Apolonia Matyjaszek z łoskotem postawiła na stole pod rozłożystą jabłonią ogromną miskę gorących pierogów i popchnęła sąsiadującego chłopca. Dalej, wynocha! Kiedy w końcu twoja matka się tobą zajmie? Leń!

Chudy jak patyk, Franek, którego nikt nie wołał po imieniu, bo wszyscy już przywykli do jego przezwiska, rzucił tylko okiem na surową sąsiadkę i powlókł się w stronę swojego ganku.

Ogromny dworek, podzielony na kilka mieszkań, był zamieszkany tylko częściowo. Egzystowały tu dwie i pół rodziny Kaczmarkowie, Staszyńscy i Karpińskie Urszula z Frankiem.

Te ostatnie stanowiły właśnie tę połówkę, na którą nikt specjalnie nie zwracał uwagi, raczej wybierając ignorowanie, chyba iż akurat wynikła jakaś pilna potrzeba. Urszula nie była postacią ważną, więc nie było sensu poświęcać jej czasu.

Urszulę poza synem nikt nie odwiedzał. Bez męża, bez rodziców. Przemierzała świat sama, jak umiała i mogła. Patrzono na nią krzywo, ale zbytnio nie zaczepiano, co najwyżej przeganiano Franka, nazywanego Konikiem przez długie, wiotkie kończyny i wielką głowę, która, nie wiadomo jak, trzymała się na szyi cienkiej jak źdźbło trawy.

Konik był niezwykle nieatrakcyjny, bojaźliwy, ale dobry jak chleb. Nigdy nie przechodził obok zapłakanego dziecka, natychmiast rzuciwszy się, by je pocieszyć, za co dostawał czasem burę od matek, które nie chciały Straszaka w pobliżu swoich pociech.

Kim jest ten Straszak, Franek na początku nie wiedział. Potem mama podarowała mu książkę o dziewczynce Elizie, i wszystko stało się jasne.

Obrażać się nie zamierzał. Uznał nawet, iż skoro wszyscy czytali tę książkę, to muszą wiedzieć, iż Straszak był mądry i dobry, wszystkim pomagał, a potem został choćby władcą pięknego miasta.

Urszula, której opowiedział swoje spostrzeżenia, nie wyprowadzała go z błędu, uznając, iż nie ma nic złego w tym, by jej syn myślał o ludziach lepiej niż są.

Bo świata i tak zła pełno, a jej chłopczyk jeszcze się nim nasyci. Niech przynajmniej w dzieciństwie pożyje…

Swojego Franka kochała ponad życie. Wybaczyła jego ojcu nieudolność i zdradę, i przytuliła bobaska na oddziale, urywając położnej, która coś mruczała o tym, iż dziecko nie takie.

Wymyślajcie więcej! Mój syn jest najpiękniejszy na świecie!

A kto się kłóci? Rozumnym to już nie będzie…

To jeszcze się zobaczy! Urszula głaskała synkowi buzię i płakała.

Pierwsze dwa lata wciąż nosiła Franka po lekarzach, aż wydusiła, by się nim ktoś poważnie zajął. Trzęsła się w rozklekotanym autobusie do miasta, tuląc szczelnie opatulonego dzieciaka.

Nie reagowała na współczujące spojrzenia, a komu zachciało się ją pocieszać, zamieniała się w wilczycę:

Oddaj swojego do domu dziecka! Nie? To swoje rady możesz sobie schować! Sama wiem, co robić!

Po dwóch latach Franek wyrównał i przybrał trochę na wadze; w rozwoju prawie nie różnił się od innych dzieci. Pięknisiem nie był głowa duża i trochę płaska, patyczkowate ręce i nogi, chudość, z którą Urszula walczyła wszystkim, co miała.

Ograniczając się, synowi dawała wszystko, co najlepsze, odbierając sobie. Przyniosło to efekty zdrowotne: choć wyglądał dziwacznie, przestał martwić lekarzy. Patrzyli tylko, jak drobniutka, szczupła Urszula tuli swego Konika.

Takich matek ze świecą szukać! Dziecku groziła niepełnosprawność, a patrzcie teraz! Bohaterek matka!

Tak, mój chłopak taki właśnie jest!

Nie o chłopcu mówimy, ale o tobie, Urszulko! Jesteś mądrą kobietą!

Wzruszała ramionami, nie rozumiejąc, za co ją chwalą.

Czyż matka nie powinna kochać syna i dbać o niego? Gdzie tu zasługa? Robi to, co trzeba.

Kiedy Franek miał iść do pierwszej klasy, już czytał, pisał i liczył całkiem sprawnie, ale czasem się jąkał. To niestety odbierało uroku jego talentom.

Franek, już wystarczy! Dziękujemy! przerywała jego nauczycielka i przekazywała tekst innemu uczniowi.

Potem marudziła w pokoju nauczycielskim, iż chłopak jest złoty, ale słuchanie jego odpowiedzi to katorga. Na szczęście dla Franka, nauczycielka po dwóch latach wyszła za mąż i poszła na urlop, a ich klasę przejęła inna nauczycielka.

Maria Iwanowska była w latach, ale zapału jej nie brakowało; kochała dzieci, jak na początku swojej pracy. Z Konika rozszyfrowała gwałtownie porozmawiała z Urszulą i kazała iść do świetnego logopedy, a chłopca prosiła o zadania pisemne.

Tak pięknie piszesz! Czytanie tych odpowiedzi to sama przyjemność!

Konik rozkwitał z radości, a Maria Iwanowska czytała publicznie jego teksty. Urszula szlochała z wdzięczności, a Maria gasiła każdą próbę podziękowania gestem ręki:

Zwariowałaś?! To moja praca! A chłopak złoty. Zobaczysz, wszystko będzie dobrze!

Do szkoły Franek biegł podskakując, co bawiło sąsiadów.

O, nasz Konik podskoczył! To i nam czas do roboty! Boże, jaka natura dziecka skrzywdziła Po co je zostawić na tym świecie?

Co sądzą sąsiedzi o niej i synu, Urszula wiedziała. Ale nie lubiła się kłócić. jeżeli komuś Bóg nie dał serca ani duszy, to na siłę nie nauczysz go człowieczeństwa.

Czas lepiej poświęcić na coś wartościowego choćby uporządkowanie mieszkania czy posadzenie kolejnej róży przy ganku.

Ogromne podwórko, z klombami pod każdym oknem i małym sadem na zapleczu, nikt nie dzielił płotem, choć istniała niepisana zasada, iż pięciokąt przy ganku należy do danego mieszkania.

Pięciokąt Urszuli był najpiękniejszy. Kwitły tu róże, rosł olbrzymi krzak bzu, a schodki wyłożone były kawałkami kafelków, które wybłagała od dyrektora Gminnego Domu Kultury. Tam trwał remont, a sterty potłuczonych kafelków nikt nie zabierał i lśniły jak skarby nieznanego kraju.

Dajcie mi te kawałki! wpadła do gabinetu dyrektora.

Co? Ale po co ci? zdziwił się dyrektor.

Płytki! Dajcie mi płytki!

Zażyczył się z jej marzeń tylko zaśmiał, ale pozbierać pozwolił. Urszula pożyczyła taczkę od sąsiadów, do późnego wieczora kopała w tej stercie, wybierając najlepsze fragmenty.

Potem z dumą paradowała przez wieś, pchając taczkę, a w niej siedział dumny Konik.

Po co jej taki grat? szeptały sąsiadki.

Ale już po kilku tygodniach oniemiały, widząc, co Urszula z tego śmiecia zrobiła.

Do muzeum nigdy nie zawitała, greckich fresków i bizantyjskich kościołów nie widziała a jednak jej gust nie zawiódł i schody wyłożone płytkami były dziełem sztuki, przed którym całe osiedle przystawało z zachwytem.

Patrz! Toż to arcydzieło!…

Na zdziwienie Urszula nie odpowiadała. Cóż ją to interesuje? Największym dla niej komplementem były słowa syna:

Mamusiu, jakie piękne

Franio, siedząc na schodku, prowadził palcem po kawałkach kafelków, układanych w zawiły wzór, i rozpromieniał się ze szczęścia. Urszula płakała ponownie.

Bo jej synek był szczęśliwy

A powodów do szczęścia nie miał wiele. W szkole ktoś go pochwali, mama przytuli i upichci coś smakowitego, powie czule mój mądry chłopak. Takie to były jego radości.

Przyjaciół Konik nie miał z chłopcami nie nadążał, a książki kochał bardziej niż piłkę czy gry. Dziewczynki miały zakaz się doń zbliżać, szczególnie stanowcza była sąsiadka Apolonia, babcia trzech wnuczek: pięcio-, siedmio- i dwunastoletniej.

choćby blisko ich nie podchodź! groziła pięścią. Nie dla ciebie te jagódki!

Co działo się w jej kręconej głowie, było zagadką, ale Urszula kazała Frankowi nie pętać się pod nogami Apolonii i trzymać się z daleka.

Po co ją drażnić? Zachoruje jeszcze

Konik nie protestował i choćby jeżeli go wystraszyły wrzaski, odchodził. choćby tego dnia, gdy Apolonia szykowała się do święta, tylko przechodził obok, wcale nie z myślą o dołączeniu do zabawy.

Oj, moje grzechy mruknęła, nakrywając pierogi haftowaną ściereczką. Powiedzą, iż skąpa jestem! Zaczekaj!

Wybrała dwa pierożki i podbiegła do chłopca.

Trzymaj! I żebym cię we dworze nie widziała! Mamy uroczystość! Siedź cicho u siebie, zanim mama z pracy wróci! Jasne!?

Franek przytaknął, dziękując grzecznie, ale Apolonii już nie było przy nim. Za chwilę miały nadjeżdżać dzieci, wnuczki, rodzina, czas siadać do stołu, jej jeszcze nie wszystko gotowe. Urodziny najmłodszej wnuczki, Klarci, chciała urządzić z pompą. Słabowity, chudogłowy Franek-Konik nie był jej do niczego potrzebny!

Po co dzieci straszyć? Spać potem nie będą! Westchnęła, przypominając sobie, jak odradzała Urszuli dziecko zatrzymać.

Ursiu, po co ci dziecko?! Co mu dasz? Zmarnuje się, pijakiem zostanie, zamarznie pod płotem!

Choć raz widziałaś mnie z kieliszkiem? Urszula nie szukała słów.

To nic nie znaczy! W takim biedactwie, jak twoje, tylko jedna droga! Rodzice cię niczego nie nauczyli, sama nie wiesz, co to macierzyństwo! Po co to dziecko ma się tułać? Oddaj, zanim czas minie!

Od tego czasu Urszula z Apolonią się nie witała, chodziła dumna, niosąc swój dziwacznie wielki brzuch, choćby nie patrząc w stronę sąsiadki.

Głupia jesteś, ja ci dobrze życzę! kręciła głową Apolonia.

Twoje dobro jakimś czosnkiem śmierdzi! A ja mam ciążową odrazę! odpyskowała Urszula, głaszcząc brzuch. Nie bój się, maleńki! Nikt cię nie skrzywdzi!

Co i kto ważył się zrobić przez niespełna osiem lat życia, Konik mamie nie mówił. Oszczędzał ją. Jak mocno skrzywdzili płakał cicho w kącie, ale milczał. Wiedział, iż mamę by to bolało bardziej. Krzywda z niego spływała niczym woda po gęsi, zostawiając duszę czystą. Dziecięce łzy wypłukiwały wszystko, i już po chwili nie pamiętał, tylko żałował tych dorosłych, iż nie rozumieją prostoty.

Bez żalu i gniewu żyje się lżej…

Apolonii Franek już się nie bał, choć nie przepadał za nią. Gdy groziła palcem i rzucała ostre słówka, uciekał gdzie pieprz rośnie, nie chcąc patrzeć na złe oczy ani słyszeć jej słów, ostrych jak nóż. Gdyby spytała, co naprawdę myśli, bardzo by się zdziwiła.

Konik jej współczuł. Serdecznie, dziecięco. Szkoda mu było kobiety, która marnuje sekundy swego życia na złość.

A dla Franka właśnie sekundy były najcenniejsze. Zrozumiał już dawno, iż nic nie jest bardziej wartościowe od czasu. Wszystko można odzyskać, oprócz czasu.

Tic-tac! powie zegar.

Już po sekundzie zniknęła! Nie złapiesz! Nie poprosisz, nie kupisz za dziesięć złotych i nie zamienisz choćby na najpiękniejszy papierek po cukierku.

Ale dorośli jakoś tego nie pojmują…

Usiadłszy na parapecie swego pokoju, Franek żuł pieróg i obserwował bawiące się na łące za domem wnuczki Apolonii i dzieci, które przyszły świętować urodziny Klarci. Jubilatka tańczyła w różowej sukience, niczym motyl, a Franek zafascynowany wyobrażał sobie, iż jest księżniczką lub wróżką z bajki.

Dorośli ucztowali przy długim stole pod gankiem Apolonii, dzieci po chwili pognały z piłką ku starej studni na większą łąkę.

Ledwo tamci pobiegli, Franek ruszył do sypialni mamy. Z tego okna widok był idealny. Długo patrzył na ich zabawę, aż do zmierzchu.

Ktoś się znudził i wyszedł do rodziców, inni zaczęli nową grę. Tylko dziewczynka w różowej sukience kręciła się przy studni, ściągając uwagę Konika.

Studnia była niebezpieczna mama nie raz ostrzegała go, by się tam nie zbliżał.

Zburzenie stare, nikt nie korzysta, ale wody pełno. Wpadniesz koniec! Choćbyś krzyczał, nikt nie usłyszy. Rozumiesz? Nie podchodź tam, synku!

Nie będę!

Moment, gdy Klarcia poślizgnęła się przy studni i zniknęła z pola widzenia, Konik przegapił. Chwilę obserwował chłopaków, potem zerknął w poszukiwaniu różowego punktu i zamarł z przerażenia.

Nie było Klarci…

Wypadł na ganek, w okamgnieniu dostrzegł, iż przy stole też jej nie ma.

Czemu nie wpadł na to, by wołać o pomoc, nigdy sobie nie odpowie. Po prostu zbiegł ze schodów i rzucił się na podwórze, nie rejestrując, iż Apolonia wrzeszczy za nim:

Komu mówiłam, żeby w domu siedział?!

Dzieci biegały gromadnie, nikogo nagle nie obchodziła Klarcia. Nikt nie zauważył, iż Franek podbiegł do studni, zajrzał w ciemność i zobaczył tam coś jasnego, po czym krzyknął:

Przyciśnij się do ściany!

Uważając, by nie strącić dziewczynki, położył się na brzegu, nogami do dołu. Przez zmurszałe drewno, brzuchem, wsunął się w ciemność.

Skoczył do studni, rozumiejąc, iż dla Klarci liczy się każda sekunda.

Nie umiała pływać

On to wiedział, bo sam pluskał się na miejskiej plaży, obok Apolonii, która próbowała nauczyć wnuczkę pływać.

Klarka nigdy nie nauczyła się pływać, a Franka bała się z powodu babci. Mimo strachu, gdy się zachłysnęła wodą, mocno uczepiła się chudego ramienia Konika.

Wszystko dobrze, nie bój się! objął ją za szyję, jak uczyła mama. Trzymaj się! A ja będę krzyczał!

Jego ręce ślizgały się po oślizłych deskach, Klarcię ciągnęło w dół, ale Franek zdążył złapać powietrze w chude płuca i wrzasnąć najgłośniej jak umiał:

Ratunku!

Nie wiedział, iż dzieci pobiegły na drugą stronę zaraz po tym, jak spokojna woda pokryła ich obecność. Nie wiedział, czy starczy mu sił czekać na pomoc. Nie wiedział, kto go usłyszy…

Wiedział tylko tyle: mała, zabawna dziewczynka w różowej sukience musi żyć! Piękna i tak na świecie jest za mało.

Jego krzyki długo nie docierały.

Apolonia, wynosząc z pieca tłustą gęś, rozglądnęła się za Klarcią i zamarła:

Gdzie jest Klarka?!

Goście podchmieleni nie od razu pojęli o co chodzi, a ona rzuciła potrawę na stół i zaczęła wrzeszczeć tak przeraźliwie, iż na podwórku zatrzymał się choćby rowerzysta.

A Konik jeszcze zdołał wykrzyczeć, coraz słabiej:

Mamusiu…

Urszula, która wracała właśnie z pracy, nagle przyspieszyła kroku, zapominając o chlebie z listy. Przemknęła obok sklepu, choćby nie mówiąc dzień dobry sąsiadkom, i pobiegła na podwórze, przeczuwając dziwnie, iż czas nie czeka.

Wpadła równo w chwili, gdy Apolonia łapała się za serce i osunęła na schody ganku Urszuli. Nie dociekając, co się stało, Urszula rzuciła się na tył domu, w stronę, gdzie zwykle bawił się Konik, i usłyszała jego głos.

Tu jestem, mamo!

Nie musiała zgadywać. Od dawna bała się starej studni, kilka razy prosiła sołtysa, by ją zasypał albo zabezpieczył, ale nikomu poza Urszulą to nie przeszkadzało…

Nie było chwili do stracenia. Urszula wbiegła do domu, chwyciła sznur do bielizny i wybiegła, wołając:

Szybko! Trzymajcie!

Jeden z zięciów Apolonii, trzeźwy akurat tego dnia, w lot zrozumiał, co się dzieje. Zaraz zawiązał mocny węzeł, oplótł drobną Urszulę.

Jedź! Trzymaję cię!

Klarcię wyciągnęła łatwo. Dziewczynka przytuliła się do niej bezwładnie, objęła nogami i ramionami. Urszula drżała z przerażenia.

Frankowi w ciemności nie mogła znaleźć, choć szukała rozpaczliwie…

Zaczęła błagać, jak wtedy na porodówce:

Boże! Nie zabieraj!

W panice szukała jego chudej ręki. Wydawało się, iż czas ją bije strachem i rozpaczą ale nie przestała.

Proszę

Coś chude i śliskie musnęło jej dłoń. Urszula szarpnęła syna z wody, bojąc się choćby myśleć, czy oddycha. Krzyknęła najgłośniej jak mogła:

Wciągać!

A nad lustrem wody usłyszała cichy, zachrypnięty szept:

Mamo

W miasteczku Franek wrócił z miejskiego szpitala po niemal dwóch tygodniach jako bohater.

Klarcię wypuścili szybciej. Napiła się wody, przestraszyła, kilka siniaków i podarta sukienka i tyle.

Frankowi przypadło więcej. Złamany nadgarstek, długo miał kłopoty z oddechem, ale był przy nim mama, strach o Klarcię minął. Cieszył się tylko, iż niedługo wróci do domu, do książek i ukochanego kota Mruczka.

Boże, dziecko! Jakby nie ty płakała Apolonia, obejmując opalonego Franka. Dla ciebie zrobię wszystko!

Ale po co? Franek wzruszył chudym ramieniem. Zrobiłem, co trzeba. Przecież jestem chłopakiem, prawda?

Apolonia nie znalazła słów, tylko przytuliła Franka. Nie wiedziała jeszcze, iż ten niepozorny Konik, zachowa dziecięcy przydomek na zawsze i po latach poprowadzi opancerzony samochód wypełniony rannymi przez ogień. A potem nie patrząc, kto jaki, komu pomóc zrobi wszystko, by ulżyć tym, którzy będą, tak jak on kiedyś, wołać mama…

A gdy ktoś spyta, dlaczego to robi, skoro mu robiono krzywdę, Konik lakonicznie odpowie:

Jestem lekarzem. Tak trzeba. Żyć trzeba. Tak jest dobrze!

***

Drodzy Czytelnicy!

Matczyna miłość nie zna granic.

Urszula, mimo przeciwności i osądów, kochała syna bez miary. Jej oddanie i wiara pomogły mu stać się dobrym i mądrym człowiekiem. Przypomnienie o potędze rodzicielskiej miłości.

A prawdziwe bohaterstwo tkwi w sercu: Franek, może niepiękny, okazał się bohaterem, ratując Klarcię. To czyn, nie wygląd, stanowi o wielkości człowieka. Pokazuje, iż dobroć, odwaga i współczucie są najważniejsze.

Sąsiedzi niechętni matce i synowi musieli uznać ich wartość po bohaterskim czynie Franka. Opowieść ta podkreśla, iż uprzedzenia znikają wobec prawdziwych cnót, a najważniejsze umieć wybaczać i robić dobrze, choćby jeżeli nas spotyka zło. Jak powiedział Franek: Jestem lekarzem. Tak trzeba. Żyć trzeba. Tak jest dobrze!

Ta historia przypomina nam, iż człowieczeństwo i współczucie zwyciężają obojętność i złość, a prawdziwe piękno bije z wnętrza.

Może też wierzysz, iż dobroć, mimo wyzwań, zmienia świat na lepsze? Czy masz w pamięci takie chwile, gdzie okazało się, iż prawdziwy skarb człowieka kryje się w duszy nie w powierzchowności?

Idź do oryginalnego materiału