Nie musimy już błyszczeć
Spotykamy się bez makijażu. W dresach. Z termoforem pod pachą i dziecięcym jogurtem w torebce. Nie próbujemy zaimponować, nie porównujemy się, nie prześcigamy w tym, która ma trudniej.
Czasem po prostu siedzimy. Milczymy. Pijemy herbatę. Jedna z nas płacze, druga głaszcze ją po plecach. Trzecia ziewa. I to wystarczy.
Nowe siostrzeństwo to nie wspólne selfie z podpisem „#girlsnight”. To wspólne przeżywanie życia bez filtra.
Nie potrzebuję błyszczeć – potrzebuję być widziana
– Kiedyś umawiałyśmy się z przyjaciółkami do knajp, żeby odreagować. Ale coraz częściej żadnej z nas nie chce się przebierać, malować i udawać, iż wszystko gra. Więc siadamy razem w ciszy. Bez planu. I to jest najprawdziwsza terapia – mówi Anka, mama dwójki dzieci, która przeszła niedawno przez rozwód.
To nowe siostrzeństwo nie wymaga wielkich deklaracji. Wystarczy jedna wiadomość:
„Nie chcę być sama. Możemy posiedzieć?”
Bycie razem nie musi być głośne
To pokoleniowa zmiana. Kobiety, które całe życie musiały „ogarniać”, teraz potrzebują odpoczynku. Ale nie samotności. Tylko obecności bez presji.
Możesz siedzieć obok mnie i scrollować telefon. Ja mogę w tym czasie patrzeć przez okno. Nie musimy rozmawiać. I to jest okej.
Czasem największą ulgą jest to, iż ktoś po prostu jest. Nie ocenia. Nie radzi. Nie pociesza na siłę.
To też jest troska – pozwolić komuś być sobą
Nowe siostrzeństwo to przestrzeń. Na ciszę. Na łzy. Na zmęczenie.
Na bycie niedoskonałą, rozczochraną, bez pointy.
To przyjaźń, w której nie musisz zasługiwać na uwagę.
Nie musisz mieć nic interesującego do powiedzenia.
Nie musisz błyszczeć, żeby zostać zauważoną.
Bo dziś prawdziwym luksusem jest... nie musieć udawać
I może właśnie dlatego kobiety wybierają wspólne milczenie zamiast prosecco.
Bo cisza między nami mówi więcej niż sto toastów.
Bo w tej ciszy jest miejsce na wszystko, co prawdziwe.