OCHRONIENI MIŁOŚCIĄ
Spotkanie Darii i Marka było zapisane w gwiazdach.
…Marek nigdy nie widział swojego ojca. Wychowała go matka i babcia. Gdy mały Marek pytał o tatę, matka mamrotała coś niewyraźnego, iż jego ojciec jest geologiem, ciągle na wyprawach w poszukiwaniu cennych kamieni. A raz, rozdrażniona, krzyknęła: – Nigdy nie miałeś ojca, Marku!
Jako dziecko Marek akceptował te wyjaśnienia, wierząc matce bezgranicznie. Ale gdy podrósł, postanowił dowiedzieć się prawdy. W końcu nie zstąpił z nieba jak anioł! Okazało się, iż jego matka w młodości wyjechała w delegację i wróciła z dzieckiem, czyli z Markiem. Wyjawiła to babcia, szeptem, w tajemnicy.
Marek był niepomiernie szczęśliwy, iż zagadka została rozwiązana. Dzięki Bogu, nie znaleziono go w kapuście. Postanowił, iż przy pierwszej okazji spotka się z ojcem, czy ten tego chce, czy nie. „W końcu jestem jego synem, a nie pierwszym lepszym przechodniem!”. Przy okazji złożył sobie obietnicę: „Będę miał prawdziwą rodzinę. Żonę i dzieci. Tylko jedną żonę i całą gromadkę dzieci.”
…Daria również nie zaznała ojcowskiej miłości. Jej matka rozstała się z ojcem, gdy Daria nie skończyła choćby dwóch lat. Rolę taty przejął ojczym. Niezły człowiek, ale jednak… Zawsze stawiał swoje dzieci z pierwszego małżeństwa Darii za wzór. To ją irytowało. Więc Daria mogła liczyć tylko na miłość matki.
Gdy dorosła, postanowiła: „Jeśli wyjdę za mąż, to tylko raz i na zawsze! Gdyby tylko znalazł się taki chłopak.”
I znalazł.
…Był wigilijny wieczór. Styczeń, mróz, zmierzch. Księgarnia. Marek i Daria stali w kolejce do kasy. Oboje trzymali w rękach tomik Adama Mickiewicza. Ich spojrzenia przypadkiem się spotkały. I Marek ruszył do ataku. Zasypał Darię komplementami, pytaniami (taktownymi, pełnymi taktu). Nie mógł po prostu pozwolić, by ta dziewczyna odeszła. Miała zostać jego żoną! To właśnie ona. Ta dziewczyna.
A Daria choćby nie kokietowała. Było jej z tym niespokojnym chłopakiem tak swojsko, jakby znała go od wieków.
Jednak Daria pochodziła z dobrego domu, a nie wypadało dziewczynie zawierać znajomości byle gdzie i byle z kim. Marek docenił skromność nieznajomej i zasugerował, by na początek wymienili się numerami telefonów. Daria zapisała jego numer, ale swojego nie podała. – Zadzwonię po świętach – obiecała mgliście.
Marek nie mógł odpuścić takiego daru niebios w postaci Darii. Pożegnali się, ale Marek podążył za nią ukradkiem, by dowiedzieć się, gdzie mieszka.
Całe święta Marek unosił się nad ziemią. W końcu znalazł swoją „złotą rybkę” i zamierzał kochać ją zawsze.
Lecz minęły święta, a „złota rybka” nie dzwoniła. Marek zaniepokoił się i postanowił działać.
Swój tomik Mickiewicza, kupiony tamtego wieczoru, włożył do skrzynki pocztowej Darii. Czyżby nie domyśliła się, od kogo? Dziewczyna zadzwoniła jeszcze tego samego wieczoru z pretensjami:
– Cześć, Marek! Dlaczego nie dzwoniłeś? Czekałam!
– Darku, nie miałem twojego numeru. Zadzwoniłbym od razu. Chyba pamiętasz, iż w księgarni bałaś się go podać? – Marek promieniał ze szczęścia.
– Ale przecież jakoś mnie znalazłeś! – nie dawała za wygraną Daria.
„Typowo kobieca logika” – pomyślał Marek. Był niezmiernie rad, iż wreszcie wszystko się wyjaśniło. Daria okazała się do niego nieobojętna!
Nie czekając na lepsze czasy, Marek i Daria wzięli ślub. Jakżeby inaczej? Mieli ze sobą wiele wspólnego. Po pierwsze – czystą, nieziemską miłość, po drugie – pragnienie posiadania tylu dzieci, ile Bóg da, po trzecie – zamiłowanie do twórczości Mickiewicza. Czy to mało?
Na tak solidnym fundamencie postanowili budować rodzinne życie.
Daria uczyła studentów języka polskiego na uniwersytecie, Marek był świetnym programistą.
Po pewnym czasie urodziła się Kinga. Dwa lata później przyszedł na świat Kacper. Wszystko szło jak po maśle.
Marek nie porzucił myśli o odnalezieniu ojca. Pomógł internet. Wśród dziesiątek nazwisk w końcu trafił na pokrewnego ducha. Napisali do siebie. Ojciec mieszkał w Warszawie. Zaprosił Marka w gości.
Spotkanie było bardzo wzruszające. Ojciec miał własną rodzinę, ale przez te wszystkie lata pamiętał o Marku.
– Świetnie, synu, iż mnie znalazłeś. Teraz będziemy w kontakcie – mężczyzna objął Marka.
Marek z dumą wyliczył wszystkich członków swojej rodziny. Patrz, tato, już jesteś dwukrotnie dziadkiem. I to nie koniec…
Ojciec Marka był profesorem medycyny.
Do domu Marek wrócił uskrzydlony. Ojciec bardzo mu się spodobał – ciepły, szczery człowiek.
Oczywiście, obowiązki rodzinne nie pozwalały Markowi często widywać się z ojcem. W końcu kontakt się urwał.
Kinga i Kacper podrośli. Daria postanowiła obronić doktorat. W końcu jej babcia i matka były doktorami filozofii. Daria nie chciała zostać w tyle.
Temat doktoratu wybrała nieprzypadkowo – o Mickiewiczu. Matka dwójki dzieci skrupulatnie zbierała materiały, przygotowywała się.
Marek wspierał żonę, pomagał w domu, jak tylko mógł. Trzy lata poświęcili na przygotowania do obrony. W tym czasie Kinga i Kacper doczekali się siostrzyczki – Zosi.
Z obroną trzeba było poczekać.
Gdy Zosia poszła do przedszkola, Daria wróciła do swoich badań. Już, już miała stopień naukowy w zasięgu ręki…
Aż tu nagle Marek zachorował. Diagnoza nieznana medycynie, ale coś śmiertelnie niebezpiecznego. Lekarze rozkładali ręce. Marek gasł w oczach. Leczenie nie przyniosło efektów. Darii delikatnie zasugerowano, iż szanse na przeżycie praktycznie nie istnieją. A Marek miał zaledwie czterdzieści lat! Od nieszczęścia nie ma ucieczki.
Czego Daria doświadczyła w tych dniach, nie da się opisać. Marek, świadomy swojego stanu, prosił Darię o przebaczenie, iż tak wyszło, iż nie pomoże jej wychować trójki dzieci…
Daria po kryjomu oblewała się łzami. A do tego wiedziała, iż wWiedziała też, iż w jej ramionach, gdy Marek odchodził, już rosło nowe życie – mały Hubert, który kiedyś przeczyta całe dzieła Mickiewicza i będzie wiedział, iż miłość rodziców przetrwała choćby najciemniejszą noc.