Miłość, która zaczęła się od oszustwa

polregion.pl 9 godzin temu

Aurelia grała palcami po brzegach pomiętej kartki, stojąc przed obliczem dyrektorki.
— Wiesława Józefowa, proszę mi dać szansę! Mam dwoje dzieci, kredyt na mieszkanie!
— Aurelio, podrobiłaś dyplom uczelni. To poważne nadużycie, wykluczające…
— Zamierzałam uzupełnić studia! Serio! Tylko rok dzielił mnie od końca pedagogiki! — wykrztusiła nauczycielka klas wczesnoszkolnych, a łzy spływały po jej policzkach.
Dyrektorka krakowskiej podstawówki spojrzała ze współczuciem na młodą kobietę. Aurelia pracowała tam trzeci rok. Dzieci ją uwielbiały, rodzice chwalili. Ale przepis to przepis.
— Dobrze. Masz miesiąc na przedstawienie autentycznego dokumentu. Inaczej…
— Dziękuję! — Aurelia rzuciła się ku wyjściu, ale zawróciła. — Skąd pani wiedziała?
— Była rutynowa kontrola z kuratorium — wyjaśniła Wiesława Józefowa. — Wyłapało się niezgodność.

Wpadając na korytarz, Aurelia niemal uderzyła w Bogusława, wychowawcę wuefu. Czterdziestopięcioletni wysoki mężczyzna z siwizną przypruszającą skronie, podtrzymał ją delikatnie.
— Co się stało? Wyglądasz jak ściana.
— Bogusławie, mój świat się wali! Zwolnienie grozi!
— Za co?
Aurelia zawahała się. Wstyd padał przed kimś tak szlachetnym. Bogusław cieszył się nieskazitelną opinią, pracował w szkole od ćwierć wieku.
— Dokumenty… były niekompletne — wybełkotała wymijająco.
— Konkretnie co? Może pomogę?
Podniosła na niego mokre od łez oczy. Bogusław zawsze traktował ją ojcowskim tonem, częstował cukierkami, pytał o dzieci. Brakowało jej tego po rozstaniu z mężem.
— Dyplom… Mam z nim kłopot.
— Zgubił się?
— Tak — skłamała, chwytając się tej deski ratunku. — Przy przeprowadzce. Duplikat? To droga przez mękę, biurokracja straszna.
Bogusław zamyślony pogładził podbródek.
— Gdzie studiowałaś? Rok ukończenia?
— Na Uniwersytecie Jagiellońskim — odpowiedziała bez mrugnięcia okiem. W rzeczywistości skończyła tam tylko trzy lata, potem ślub, dzieci, brak czasu.
— Mam znajomego w archiwum tej uczelni. Może przyspieszy sprawę duplikatu. Jakie nazwisko? Panie panieńskie czy po mężu?
Aurelia poczuła, iż tonie w bagnie kłamstwa.
— Panieńskie. Aurelia Marcjanna Kowalik.
— Pogadam z Tadeuszem. Kieruje tam archiwum. Znajomi ze studiów — zapewnił Bogusław.

Aurelia niczym osaczone zwierzę krążyła po kuchni. Siedmioletni Staś odrabiał lekcje, pięcioletnia Zosia bawiła się lalkami w kącie.
— Mamusiu, czemu płaczesz? — spytał chłopiec.
— Zmęczenie, syneczku. Po pracy.
— Tata przyj tago?
— Nie, Stasiu. Tata mieszka osobno, pamiętasz?
Popatrzyła na dzieci. Serce się ścisnęło. Dla nich sfałszowała dyplom. Pilna była każda praca, byle płacili godziwie. A w szkole, dodatkowo przywileje.

Następnego dnia Bogusław podszedł podczas przerwy.
— Aurelio, rozmawiałem z Tadeuszem. Przeszukał archiwa.
Serce podskoczyło do gardła.
— I?
— Rzecz dziwna. Nie ma nazwiska Kowalik w rejestrach absolwentów. Rok może pomyliłaś? Albo wydział nazwij precyzyjnie.
Ziemia usunęła się spod nóg. Trzeba było wymyślić coś na poczekaniu.
— Bogusławie, pewnie zamęt w głowie. Po rozwodzie, ta apokalipsa w życiu… Może inna uczelnia? Jak przypomnę, powiem.
— Spokoju, głowa po takich wstrząsach płata figle — odparł z troską. Koledzy szeptali, iż Bogusław krótko po śmierci żony na raka, zamknął się w sobie. choćby wyjechał samotnie w Bieszczady, by uciec od pustki w domu.
— Może pozwoli pan na obiad? W podzięce? — zaproponowała Aurelia.
— Drobiazg! Szkoda wydatków.
— Proszę! Przecież tyle pan robi dla mnie. A ja choćby nie wiem, iż pan czyta Henryka Sienkiewicza czy łowi pod Muszyną.
Bogusław się zawahał.
— Ano, jeżeli w szkolnym bufecie. Kotlety mielone są niczego sobie.

Przy smażonym karpiku rozgadali się. Bogusława pochłaniały wędrówki górskie i hodowla róż. Mieszkał sam w M-3 na Ruczaju, gotował.
— Jak sobie radzisz? Z maluchami, pewnie ciężko?
— Jakoś — westchnęła. Staś pomaga z Zosią. Duży już.
— Były mąż płaci alimenty?
— Chaotycznie. Raz pracę straci, raz coś.
Bogusław nachmurzył brwi.
— Niedopatrzenie. Dzieci porzucił, a utrzymania nie pilnuje.
— Cóż zrobić…
— Możesz mieć za złe, jeżeli zapytam czasem o samopoczucie? Widzę, iż z dokumentami gryziesz się kłopotliwie.
— Nie obrażę się. To przyjemne mieć troskliwego człowieka koło siebie.

Odtąd Bogusław codziennie zagadywał Aurelię, czasem przynosił maliny z działki dla dzieci. Aurelia czuła jego szczerą życzliwość, ale równocześnie
Choć ich droga nie była prosta, wspólne życie przyniosło im spokojną radość, którą znajdowali każdego dnia przy wspólnym stole, w gwarze dzieci i mądrości, iż choćby największy błąd można naprawić szczerością i wytrwałą pracą nad sobą.

Idź do oryginalnego materiału