Patrzyłem na bilety lotnicze z niedowierzaniem.
„Jedno miejsce w pierwszej klasie… dla Damiana. Jedno dla jego matki, Elżbiety. Trzy bilety w klasie ekonomicznej… dla mnie i dzieci.”
Początkowo myślałem, iż to pomyłka. Może kliknął źle przy rezerwacji. Może linie lotnicze się pomyliły. Ale nie – kiedy spytałem Damiana, uśmiechnął się, jakby to było najnaturalniejsze na świecie.
„Kochanie, mama ma problemy z kręgosłupem – powiedział. – No i chciałem jej dotrzymać towarzystwa. Poza tym, ty i dzieci będziecie w porządku z tyłu. To tylko osiem godzin lotu!”
Otworzyłem usta, ale nie wydobył się z nich żaden dźwięk. Oszczędzaliśmy miesięcznie na te rodzinne wakacje do Warszawy. Miała to być magiczna podróż – pierwsza zagraniczna z naszymi dziećmi, Zosią (6 lat) i Kubą (9 lat). A teraz mieliśmy być rozdzieleni?
Spojrzałem na dzieci. Były zbyt podekscytowane, by zauważyć napięcie, paplając o Pałacu Kultury i warszawskich tramwajach. Wymusiłem uśmiech i przełknął gula w gardle.
„Dobrze – powiedziałem cicho. – Skoro tak postanowiłeś.”
Samolot był pełny. W klasie ekonomicznej było ciasno, Zosia zasnęła z głową na moich kolanach, a Kuba wiercił się przy oknie. Tymczasem wyobrażałem sobie Damiana w pierwszej klasie, sączącego szampana z matką, z nogami wyciągniętymi wygodnie i słuchawkami na uszach.
Poczułem się mały. Nie tylko fizycznie, ale też emocjonalnie. Zapomniany. Jak dodatek.
Kiedy wylądowaliśmy, Damian przywitał nas przy taśmie bagażowej, wypoczęty i uśmiechnięty.
„Nie było tak źle, co?” – zapytał, podając mi letnią kawę, jakby to miało wszystko wynagrodzić.
Nie chciałem wszczynać kłótni na lotnisku, zwłaszcza przy dzieciach, więc tylko kiwnąłem głową. Ale w środku coś się zmieniło.
Reszta wyjazdu była, szczerze mówiąc, dziwna.
Damian i jego matka poszli na kawę i do antykwariatów, a ja zabrałem dzieci do muzeów i na place zabaw. Na początku próbowałem ich włączyć.
„Idziemy dziś popołudniu do Zamku Królewskiego – chcesz dołączyć?”
„Och, skarbie, mamy rezerwację w restauracji u Fukiera – odpowiedziała Elżbieta, klepiąc mnie po dłoni, jakbym był jej asystentem, a nie zięciem.
A Damian? Tylko wzruszył ramionami.
„Daj mamie się zabawić. Wy sobie, my sobie.”
*Sobie*? Czy to nie były rodzinne wakacje?
Zacząłem wieczorami prowadzić dziennik, zapisując każdy moment, w którym czułem się pominięty. Każdą decyzję Damiana podjętą bez mnie. Każdą uwagę jego matki o tym, jak zajmuję się dziećmi. Każde uczucie, iż jestem tylko opiekunem, który przyczepił się do czyjejś wycieczki.
W drodze powrotnej Damian i Elżbieta znowu siedzieli w pierwszej klasie. Tym razem choćby nie pytałem. Uśmiechnąłem się do stewardesy, usiadłem z dziećmi i pozwoliłem, by cisza między nami mówiła głośniej niż jakiekolwiek słowa.
Ale w połowie lotu stało się coś nieoczekiwanego. Kuba zaczął się źle czuć. Turbulencje były mocne, a on zwymiotował na siebie i siedzenie.
Pochwyciłem chusteczki i ręczniki. Zosia zaczęła płakać, bo zapach wywołał u nią mdłości. Trzymałem worek na wymioty w jednej ręce, drugą pocierałem Kubę po plecach, a słowami próbowałem uspokoić Zosię.
Stewardesa pomogła, ale posprzątanie zajęło trochęWtedy zrozumiałem, iż prawdziwa miłość nie dzieli się na klasy – albo jesteście razem, albo wcale.