U moich koleżanek mamy są młode i ładne, a ja takiej nie mam. Moja bardziej przypomina babcię, to takie przykre…
„Kasia, Kasiu! Tam twoja babcia przyszła po ciebie!” – Kasia wyjrzała na korytarz i zmarszczyła brwi – przy ścianie stała jej mama.
„Mamo, no czemu po mnie przychodzisz… Ja sama mogę wrócić, wiesz? Nie jestem już malą dziewczynką” – mówiła Kasia, patrząc na matkę z irytacją.
„Kasieńko, już ciemno. Dziewczynkom nie wolno samej chodzić po nocy, to niebezpieczne” – tłumaczyła się mama.
„Mamo, jaka noc? Dopiero siódma wieczór. I dom tuż obok… Jestem już duża, prawie trzynaście lat mam” – dziewczynka złapała plecak i wybiegła ze szkoły muzycznej.
…Kasia urodziła się, gdy rodzice już stracili nadzieję. Pierwsza oznaka, iż Justyna spodziewa się dziecka, zaskoczyła ją, gdy wraz z mężem szykowali się do gości u przyjaciół…
„Tomek… Coś mi niedobrze… Mdli mnie, jakaś słabość. Może zjadłam coś nieświeżego… Poleżę chwilę. Jedź sam, jeżeli chcesz…” – ale on oczywiście nie pojechał bez niej.
Leżała dwa dni, lecząc się domowymi sposobami – płukaniem żołądka, głodówką, ziołami… Ale nie było poprawy, więc trzeciego dnia mąż, mimo jej słabych protestów, wezwał lekarza.
Lekarz uważnie osłuchiwał Justynę, opukiwał plecy, zajrzał do gardła. Mierzył gorączkę i zadawał dziwne, jej zdaniem, pytania, które zupełnie nie pasowały do sytuacji. Patrzył też jakoś dziwnie, niepoważnie. Chciała choćby zwrócić mu uwagę, iż się nie zna, ale nie miała siły…
Następnego dnia rano, na polecenie lekarza, poszli do ginekologa.
Tomasz został na korytarzu i nerwowo chodził tam i z powrotem… Gdy Justyna wyszła, przeraził się jej wyrazu twarzy. Wyglądała tak dziwnie – najpierw uśmiechała się drżącymi ustami, a potem nagle rozpłakała się, podając mu jakiś papier. Wziął go z lękiem, spodziewając się najgorszego…
„Tomku… Tomaszu… Będziemy mieli dziecko” – powiedziała Justyna i wybuchnęła płaczem, zakrywając twarz dłońmi. On objął ją i milczał, oszołomiony tą nowiną, nie wierząc własnym uszom.
Mieli po czterdzieści dwa lata. Justyna rodziła praktycznie w czterdzieści trzy i na całym oddziale była najstarszą pacjentką. A pielęgniarki między sobą nazywały ją „późną mamą z ósmego pokoju”…
W końcu Justyna urodziła dziewczynkę. Ku zdziwieniu lekarzy i jej samej, poród przebiegł sprawnie, bez komplikacji – łatwiej niż u wielu młodszych matek. Dziecko było duże, zdrowe i głośne.
Gdy Kasia była mała, nie widziała różnicy między swoją mamą a mamą koleżanki Zosi. Mama to mama. Ale gdy podrosła – a była bystrą dziewczynką – po raz pierwszy usłyszała okrutną prawdę w przedszkolu.
„Mamo, mamo, u Kasi mama stara i pewnie niedługo umrze. Starzy umierają, prawda?” – mówił chłopiec Kuba z jej grupy.
Kasia, bez zastanowienia, walnęła go po głowie plastikową lalką. Szczęściem, skończyło się na guzie, ale mama Kuby wrzeszczała na całe przedszkole.
„Namnożyli sobie dzieci na starość! Pani już nie emeryturę powinna dostawać, tylko wychowywać córeczkę! A choćby tego nie potrafi! Złożę skargę, niech opieka społeczna się tym zajmie!” – trzęsła się ze złości, ocierając nos ryczącemu synkowi.
W domu czekał Kasi poważny rozmowa z rodzicami, ale odtąd biła każdego, kto śmiał się tak odzywać. Zaczęła też wstydzić się rodziców, choć sama nie zauważyła, kiedy…
Później poszła do szkoły. Zebrania rodzicielskie były dla niej udręką. Wyobrażała sobie, jak nauczycielka zwraca się do jej rodziców, a ci stoją zawstydzeni – siwa mama i siwy tata… Dlatego uczyła się bez zarzutu, by nie dawać powodów do uwag.
Oczywiście kochała rodziców całym sercem! Ale marzyła, by mama wyglądała jak mama Oli – młoda i stylowa. A tata jak tata Krzyśka, który jeździł super autem.
U niej było inaczej. Rodzice niemodni, staroświeccy. Mama wolała książki od szpilek, tata kochał swoją starą Warszawę i spędzał weekendy w garażu. A jeszcze gotował najlepszą kapustę kiszoną w mieście!
Kasia skończyła szkołę i dostała się na medycynę. Dzięki sumienności skończyła studia z wyróżnieniem i zaczęła specjalizację w stomatologii. Tata żartował, iż jest „generałową białych zębów”.
Pewnego dnia asystowała przy zabiegu, gdy do gabinetu wszedł młody mężczyzna z bólem zęba. Okazało się, iż złamał ząb, gryząc orzechy. Był zawstydzony obecnością ładnej asystentki, ale wszystko poszło gładko.
Po pracy spotkała go pod szpitalem.
„Witam ponownie, czarodziejko w białym fartuchu! Dowiedziałem się, kiedy kończysz, i postanowiłem zaczekać. Mam nadzieję, iż nie masz nic przeciwko?” – Jan, tak miał na imię, podał jej kwiaty.
Rozmawiali całą drogę do domu. Miała wrażenie, iż zna go od zawsze. niedługo zaczęli się spotykać, a po miesiącu Jan oświadczył się.
Przyszedł czas, by poznał jej rodziców.
„Mamo, tato… Mam narzeczonego. Chce was poznać w niedzielę” – wyrecytowała jednym tchem.
„Kasienko, choćby nie wspominałaś o chłopaku… A czy to nie za wcześnie na małżeństwo?” – mama patrzyła na nią zaskoczona.
„Justyna, uspokój się. Skoro nie mówiła, to miała powód. Za wcześnie? PrA gdy Jan stanął w drzwich ich domu, uśmiechnął się szeroko, bo zobaczył to, czego Kasia przez tyle lat nie widziała – prawdziwe, czyste szczęście w oczach swoich rodziców, którzy kochali ją bardziej niż życie.