Muzyka bezcenna w Wielkopolsce #91

kulturaupodstaw.pl 1 dzień temu
Zdjęcie: fot. Materiały prasowe


STAREFACEOGRE
Move Like U Mean It
wydanie własne, 2025

Footwork i juke to estetyki muzyki elektronicznej, które niewątpliwie wymykają się prostym ramom, bo bardziej niż gatunkami są stanami skupienia rytmu. To muzyka, w której tempo staje się wręcz osobnym językiem, a posiekane werble, krótkie wokalne cięcia i minimalistyczne, elastyczne basy tworzą wrażenie ciągłego przyspieszenia – jak u RP Boo, który z jednego sampla potrafił stworzyć całą dramaturgię ulicznego pojedynku.

Juke – zakorzeniony w chicagowskich tanecznych „battles” – zwykle pulsuje surową energią, jak u DJ Rashada czy Spinna, gdzie beat często jest niemal akrobatycznym gestem. Tymczasem footwork przesuwa tę logikę bliżej introspekcji – u projektów takich jak Jlin albo Jana Rush rytm, bardziej niż podkład do tańca, zaczyna funkcjonować jak strumień świadomości, pełen emocjonalnych szczelin. Dlatego razem wciągają tak łatwo – są zbyt szybkie, by się w nich zadomowić, ale idealne, by dać się w nich na chwilę zgubić.

StareFaceOgre zdaje się to doskonale rozumieć. Jego „Move Like U Mean It” funkcjonuje tak, jakby logikę tańca przeniesiono z podłogi na poziom neuronalny – nie chodzi o to, by podążać za beatem, ale by przyjąć jego tempo jako stałą wewnętrzną, jak tętno po zbyt mocnej kawie lub zapętlone wspomnienie, które nie chce ustąpić.

Ten młody producent z naszego regionu idzie choćby jeszcze dalej, bo – wzorem memowej okładki – ucieka w kierunku czegoś niemal domowego. Filtr przesunięty jest ku innemu światłu – bardziej mętnemu, a mniej ulicznemu, co daje efekt migotliwego ekranu w ciemnym pokoju, pulsującego, ale odciętego od konkretnych miejsc, unoszącego się w przestrzeni między wirtualnością a dziecięcą, niemal naiwną pasją grania.

Wielce intrygująca propozycja z marginesów gatunku, ale przecież to właśnie na takich rodzi się przyszłość.

THE AIR FORCE
Bodies
wydanie własne, 2025

Jeśli dobrze to rozumieć, „Bodies” funkcjonuje jak osobna, hermetyczna strefa, pół-techniczna, a pół-metafizyczna, tworząca środowisko przypominające przestrzenie, które wyczuwają ruch, choć nic już się w nich nie porusza. Trochę jak opuszczony port lotniczy, w którym urządzenia przez cały czas mrugają swoim stałym rytmem, choć dawno nikt ich nie kontroluje.

Ambient w ujęciu tajemniczego, jednoosobowego projektu The Air Force ma kilka wspólnego z playlistowym tłem – znacznie bliżej mu do tej ciemniejszej linii wywiedzionej z albumu „On Land” legendarnego Briana Eno z początku lat osiemdziesiątych, na którym każdy, niby niepozorny (zarówno w swej skali, jak i w swym czasie), dźwięk był jednak obiektem o realnej i odczuwalnej masie.

Tak jak tam, i tu drony niosą lepki ciężar, a kompozycje zbliżają się do praktyk field-recordingowych, w których szum nie jest tłem, ale materią do interpretacji – zwykle podawaną w ciągu subtelnych erozji powierzchni dźwięku, czegoś na kształt częstotliwości, która metodycznie umiera w czasie dla słuchacza rzeczywistym.

Najważniejsze jest jednak to, jak The Air Force pracuje na poziomie podprogowym. Poszczególne kompozycje to reprezentacje chwilowych zaników energii – spięcia, zawieszenia, minimalne przesunięcia temperatury akustycznej, dysonanse, które – wzorem okładkowego, podniebnego lotu – bardziej czuje się w ciele, niż rejestruje uchem.

„Bodies” to opowieść o systemie podtrzymywania funkcji życiowych, który co jakiś czas zmienia tryb, a potem wznawia cykl z jeszcze subtelniejszymi odchyleniami. A przy tym The Air Force nie szuka transcendencji – zamiast tego bada cielesność fal, zwłaszcza sposób, w jaki zachodzą na siebie w przestrzeni niczym ciężki, nierówny oddech.

Aż błędnik może zwariować…

VAN DORT
Night’s Side Effect
wydanie własne, 2025

Wielkopolski duet Van Dort pojawił się na lokalnej scenie ledwie chwilę temu, a już zdaje się rozszerzać jej pole. „Night’s Side Effect” zanurza się w idiomie post-punka, ale od razu odbija w stronę romantycznej intensywności, czyniąc to bez silenia się na kolejną rekonstrukcję lat osiemdziesiątych. Tailor Van Dort i Bart Tannenberg splatają gotycką melancholię z chłodną klarownością syntezatorów. Sekcja rytmiczna prowadzi narrację z dyskretną determinacją, bas potrafi przywołać surowość katalogu Factory, by po chwili skręcić ku bardziej lirycznej, niemal filmowej miękkości.

Neonowe refleksy, klubowe zakamarki, ale też sporej wielkości ładunek „romantic unease” – tego subtelnego niepokoju, który wynika ze zwichrowanych czułości, a nie statycznego mroku. Najważniejszym aspektem jest tu jednak głos Tailora Van Dorta, który jakby próbował dotrzeć równocześnie do kogoś stojącego obok i do kogoś, kto pozostał jedynie konceptem w pamięci.

„Night’s Side Effect” funkcjonuje trochę jak film z kanału Stopklatka oglądany po północy, kiedy czerń za oknem mimowolnie wchodzi w dialog z tym, co na ekranie. Rytmy są zwarte, ale przewiewne, a melodie błyskają, jakby pojawiały się w ostatniej sekundzie. Van Dort operują intensywnością, która wynika z wewnętrznego pulsowania, a nie z rozpiętości decybeli.

Duet już teraz kształtuje swój styl subtelnie, ale stanowczo, będąc głęboko zanurzonym w post-punkowej i gothic-rockowej tradycji Sisters of Mercy, a jednocześnie dobrze rezonując ze współczesnymi prądami.

To doskonała próba rewitalizacji new-wave’u prosto z trzewi – miejmy nadzieję, iż stworzona dopiero na rozgrzewkę.

Idź do oryginalnego materiału