Wczoraj rzuciłem pracę.
Bez wypowiedzenia. Bez dwutygodniowego okresu oczekiwania.
Po prostu postawiłem na stole talerz z tortem, chwyciłem torbę i wyszedłem z mieszkania mojej córki.
Moja szefowa to córka Kinga.
Myślałem przez lata, iż wynagrodzeniem za moją pracę jest miłość.
Ale wczoraj zrozumiałem: w naszej rodzinnej ekonomii moja miłość przegrywa z nowiutkim tabletem.
Mam na imię Janina. Mam 64 lata.
Jestem emerytką, z wykształcenia pielęgniarką, żyję z niedużej emerytury w małym domu pod Warszawą.
W rzeczywistości jestem kierowcą, kucharką, sprzątaczką, domową nauczycielką, psychologiem i pogotowiem ratunkowym dla dwójki wnuków: Mateusza (9 lat) i Dawida (7 lat).
Jestem tym, co w Polsce nazywa się babcia wiejska.
Zawsze mówiło się, iż do wychowania dziecka potrzebna jest cała wioska.
W dzisiejszych czasach tą wioską jest zwykle jedna wykończona babcia, która żyje na kawie, validolu i przeciwbólowych.
Kinga pracuje w marketingu.
Jej mąż, Tomasz, w finansach.
Są dobrzy, przynajmniej tak sobie to wmawiałam.
Wiecznie zmęczeni, wiecznie w biegu. Przedszkole za drogie. Szkoła trudna. Zajęcia dodatkowe jeszcze trudniejsze. Gdy urodził się Mateusz, patrzyli na mnie jak tonący na ratowników.
Mamo, nie damy rady zatrudnić opiekunki mówiła Kinga ze łzami w oczach. Obcym nie ufamy. Tylko Tobie.
I zgodziłem się.
Bo nie chciałem być ciężarem.
Stałem się podporą.
Mój dzień zaczyna się o 5:45.
Jadę do nich. Gotuję kaszę nie byle jaką, ale prawdziwą, bo Dawid fast-foodów nie tknie. Ubieram dzieci, zawożę do szkoły. Wracam, sprzątam podłogę, której nie pobrudziłem, i toaletę, z której nie korzystałem. Potem znów szkoła, kółka zainteresowań, angielski, piłka, praca domowa.
Jestem babcią od zasad.
Babcią nie.
Babcią od reguł.
Jest jeszcze Lucyna.
Lucyna mama Tomasza.
Mieszka w nowym apartamentowcu nad Bałtykiem. Lifting, nowy samochód, podróże.
Wnuków widuje dwa razy w roku.
Lucyna nie wie, iż Mateusz ma alergię.
Nie potrafi uspokoić Dawida, gdy wpada w histerię przez matematykę.
Nigdy nie prała dziecięcej wymiocin z fotelika.
Lucyna to babcia tak.
Wczoraj Mateusz skończył dziewięć lat.
Przez kilka tygodni szykowałem się na jego urodziny. Pieniędzy mam niewiele, ale chciałem dać coś wyjątkowego. Przez trzy miesiące szyłem mu ciężką kapę, bo źle sypia. Wybrałem jego ulubione kolory. Włożyłem w to serce.
I upiekłem prawdziwy tort nie z mieszanki.
O 16:15 zadzwonił dzwonek.
Lucyna wpadła jak burza perfumy, fryzura, torby z zakupami.
Gdzie moi chłopcy?!
Wnuki dosłownie mnie popchnęli, by do niej podbiec.
Babciu!
Usiadła na kanapie i wyciągnęła torbę z firmowym logo.
Nie wiedziałam, co lubicie, to wzięłam najnowocześniejsze powiedziała.
Dwa tablety do gier. Najdroższe.
Bez ograniczeń mrugnęła. Dziś rządzi babcia!
Dzieci oszalały. O torcie zapomniały. O gościach też.
Kinga i Tomasz promienieli.
Mamo, po co tyle… rzucił Tomasz, nalewając jej wino. Rozpieszczasz ich.
Stałem z kapą w rękach.
Mateuszku… ja też mam prezent… i tort upiekłem…
Nie spojrzał na mnie.
Nie teraz, babciu. Przechodzę poziom.
Szyłem to przez całą zimę…
Westchnął:
Babciu, koce nikogo nie obchodzą. Lucyna dała tablety. Czemu u Ciebie zawsze nudno? Bo tylko gotujesz i ubierasz.
Spojrzałem na Kingę.
Czekałem, aż zareaguje.
Kinga zaśmiała się niepewnie:
Mamo, nie obrażaj się. On jest dzieckiem. Jasne, tablet ciekawszy. Lucyna to wesoła babcia. A Ty… no… Ty jesteś codzienna.
Codzienna babcia.
Jak codzienne talerze. Codzienne korki. Potrzebna, ale niewidzialna.
Chcę, żeby Lucyna z nami mieszkała dodał Dawid. Ona nie każe odrabiać lekcji.
Coś we mnie pękło.
Złożyłem kapę. Położyłem ją na stole. Zdjąłem fartuch.
Kingo. Ja kończę.
Co masz na myśli? Nie będziesz kroić tortu?
Nie. Wszystko kończę.
Chwyciłem torbę.
Nie jestem sprzętem AGD, który można wyłączyć. Jestem Twoją matką.
Mamo, dokąd idziesz?! krzyknęła. Jutro mam prezentację! Kto odbierze dzieci?
Nie wiem powiedziałem. Może sprzedacie tablety. Albo wesoła babcia zostanie.
Mamo, jesteś nam potrzebna!
Zatrzymałem się.
Właśnie w tym tkwi problem. Potrzebujecie mnie. Ale nie widzicie.
Wyszedłem.
Dzisiaj obudziłem się o dziewiątej.
Zaparzyłem kawę. Usiadłem na ganku.
I pierwszy raz od lat nie bolały mnie plecy.
Kocham wnuków.
Ale nie zamierzam być już żywą darmową usługą, nazywaną rodziną.
Miłość to nie samozniszczenie.
A babcia to nie zasób.
Jeśli chcą babci od zasad niech szanują zasady.
A na razie…
Chyba zapiszę się na zajęcia taneczne. Podobno tak robią wesołe babcie.












