Wyczekana wnuczka
No cześć, muszę Ci coś opowiedzieć! Wiesz, przez ostatnie dni niemal nie wychodziłam z kuchni, bo cała byłam w nerwach Wszystko przez mojego syna, Sebastiana. Znowu wyjechał, tym razem w trasę aż do Gdańska, no i kontakt się z nim urwał. Dzwoniłam, dzwoniłam, a tam tylko głucha cisza choćby zasięgu nie łapał, jakby zapadł się pod ziemię.
No, narobiłeś bigosu, synku wzdychałam sama do siebie, wybierając jego numer po raz setny. Ale i tak wiedziałam, iż telefon nie zadziała, póki nie dobije do jakiegoś portu. A ja tu, biedna matka, spać nie mogę już drugą dobę!
Ale zacznijmy od początku, bo ta cała historia ciągnie się już od dobrych paru lat. Wtedy jeszcze Sebastian nie był marynarzem. Dorosły chłop, a z kobietami mu nie wychodziło Ciągle się z kimś spotykał, brał do domu sympatyczne dziewczyny (wszystkie z porządnych rodzin!), ale zawsze coś mu nie pasowało. A ja stałam z boku i patrzyłam na to ze złością. Nie wytrzymałam któregoś razu:
Synku, masz charakter jak z krakowskim smokiem się dogadasz! Kto Cię zniesie? I dlaczego żadna nie jest dobra?
Mamo, serio? Chcesz mieć po prostu synową, byle jaką, byle była?
Nie o to mi chodzi! Żeby była porządna, żeby Cię kochała, żeby dom ogarnąć umiała!
A on tylko patrzył wymownie i milczał, jeszcze bardziej mnie to irytowało. No tak, dorobiłam się, wychowałam a teraz niby on lepiej wie, co w życiu najważniejsze, niż własna matka? W końcu rzucałam mu w twarz imionami dziewczyn: „A co Ci nie pasowało w Malwinie? A w Emilii? Przecież aż miło było patrzeć!”. On zawsze zaraz ucinał temat.
Potem, gdy już wszyscy wokół się pożenili, a ja chodziłam na imieniny i słuchałam o cudzych wnukach, Sebastian postanowił zmienić branżę. Jego stary znajomy namówił go na pracę na promach do Szwecji, i co mu będziesz tłumaczyć Zawsze znajdzie argument.
Mamo, to dobra kasa! Zobaczysz, wyremontuję Ci mieszkanie! Kupię Ci nową lodówkę!
I rzeczywiście, po pierwszym wyjeździe odnowił łazienkę. Po drugim założył mi konto w banku i dał kartę:
Masz, żeby Ci niczego nie brakowało!
Z pieniędzmi to wiesz sama Mam rentę, pracuję jeszcze w naszej aptece na osiedlu, wydatków wielkich nie mam. choćby tej karty jego nie używam, niech leży zawsze się przyda. Ale euforii w tym wielkiej nie czułam, bo co z tego, skoro dzieci i wnuków nie ma, a czas leci?
Wracał raz na jakiś czas, owszem. Ale zamiast znaleźć dziewczynę, którą bym mogła przygarnąć pod skrzydła, to tylko praca, znajomi i nowe znajomości, których do domu nie przyprowadzał. W końcu powiedział:
Mamo, nie poznajesz ich, bo i tak nie mam planów się żenić! Oszczędzę Ci rozczarowań.
Trochę mnie to zabolało i zaczęłam się zamartwiać. A on jeszcze dorzucał, iż ja ludziom zbyt ufam. Że niby każda z tych dziewczyn to zupełnie inne osoby, niż mi się wydawało. Słowo daję, do głowy to mi weszło.
Aż pewnego dnia, kiedy wychodziłam z pracy w aptece, zobaczyłam go pod rękę z piękną dziewczyną. Przełamałam się jak matka i podeszłam Sebastian się zapieklił i musiał mnie przedstawić. Dziewczyna miała na imię Kinga szczupła, urocza, bardzo dobrze wychowana. Od razu ją polubiłam. Pierwszy raz pomyślałam: „Może wreszcie mu się poszczęściło!”
Ich romans trwał przez cały Sebastianowy urlop, a Kinga kilka razy przyszła do nas do domu. Rozmawiałyśmy, było wesoło. Ale nagle, gdy Sebastian szykował się już na kolejną trasę, Kinga zniknęła.
To koniec, mamo. Nie pytaj. I z Kingą już nie rozmawiaj powiedział krótko i wyjechał.
Pół roku później znowu wrócił, ale na rozmowy o niej od razu stawiał mur.
Aż tu kiedyś w aptece pojawia się sama Kinga! Kupuje mleko w proszku, a w wózku śpi malutka dziewczynka. Aż mi się serce zatrzymało, kiedy rozpoznałam ją i zapytałam:
Kingo! Co u Ciebie? Przecież Sebastian nic nie wytłumaczył! Odszedł i tyle
Kinga tylko spuściła wzrok i poprawiła czapeczkę maleństwu. W końcu trochę się otwarła i powiedziała, iż życie jej nie rozpieszcza. Została sama z córką, bo Sebastian nie chciał słyszeć o dziecku. Ledwo ją których utrzymać, bo tymczasowo wynajmuje mieszkanie. Chciała wrócić do rodzinnego Olsztyna, bo w Warszawie sobie nie radzi.
Nie umiałam tego słuchać. W końcu wyrwało mi się:
Przenieś się do mnie, Kinga, z tą maleńką Jagódką! Pomogę Ci, przecież to moja wnuczka! Znajdziesz pracę, ja się nią zajmę, a Sebastian przesyła tyle pieniędzy, iż wystarczy na Was. Zresztą nikogo nie będę się pytać o pozwolenie!
Kinga trochę się wahała, ale przekonałam ją. Zamieszkałyśmy razem. Ja rzuciłam parę godzinek w aptece, żeby więcej czasu spędzać z Jagódką. Kinga dostała robotę, wracała zmęczona wtedy ja kąpałam malutką, kładłam spać. Było mi cudownie, czułam się w końcu potrzebna.
Ale terminy się zbliżały Sebastian miał wrócić, a Kinga zaczęła panikować. Martwiła się, iż on nas wyrzuci, będzie miał pretensje. A ja jej powtarzałam:
Przestań się bać! To ja tu rządzę!
W końcu uznałam, iż trzeba zabezpieczyć los małej Jagódki. „Odziedziczy po mnie mieszkanie” stwierdziłam. Chociaż Kinga protestowała, poszłyśmy do notariusza. Ale ten powiedział, iż Sebastian musi się najpierw wymeldować. No trudno Poczekamy.
Z czasem zauważyłam, iż Kinga coraz częściej późno wraca, jakaś taka rozkojarzona. Któregoś wieczora zobaczyłam, iż ma spakowaną torbę.
Wyprowadzasz się?
Muszę, pani Halinko, bo Sebastian już wraca…
Nigdzie nie idziecie! Jak chcesz kupić coś dla małej, masz moją kartę i PIN! Nie haruj tak, bo Jagódka zapomni, jak wygląda mama! Trzeba się uczyć gospodarzyć!
Kinga się tylko uśmiechnęła smutno. Sebastian miał wrócić zaraz po weekendzie.
No i przyszło to wielkie oczekiwanie. Rano chcę zajrzeć do pokoju dziewczyn, żeby spojrzeć na śpiącą Jagódkę a Kingi nie ma. Tylko malutka słodko śpi… Myślę sobie: dziwne. Tak wcześnie nigdy nie szła do pracy.
Wzięłam się za gotowanie na przyjazd syna byłam zdecydowana mu wszystko powiedzieć. Chciałam dumnie pokazać wnuczkę, nakrzyczeć na niego, a potem pogodzić wszystkich przy rosołku.
Nagle dzwonek do drzwi, stoimy z Jagódką na rękach. Seba staje na progu, patrzy oniemiały.
Mamo, kim jest to dziecko?
Sebastianie, czy Ty w ogóle wiesz, co narozrabiałeś?
Nic nie rozumiem! O co chodzi?
No to się zaczęło! Wylałam z siebie całą prawdę, opowiedziałam o Kindze i Jagódce. On aż się za głowę złapał.
Mamo, Ty we wszystko wierzysz! To nie jest moje dziecko! Kinga Cię nabrała! Na pewno chodziło jej tylko o kasę sprawdzałaś swoje konto?
Nic nie wzięła! Spokojnie, pewnie jest w pracy!
Nie wytrzymał:
No to sprawdź rzeczy! Pewnie już uciekła z twoimi oszczędnościami!
Posprzeczaliśmy się, ale w końcu powiedział, żeby poczekać, aż Kinga wróci. Siedzieliśmy do nocy, a jej wciąż nie było. Następnego dnia poszłam do miejsca, gdzie rzekomo pracowała. Odpowiedzieli mi, iż o żadnej Kindze nie słyszeli. Po powrocie do domu sprawdziłam schowek nie było portfela ani karty. Ubrania Kingi też zniknęły, została tylko Jagódka i jej rzeczy.
Zrozumiałam, iż padłam ofiarą oszustwa. Wylałam morze łez, a Sebastian tylko przytulił mnie mocniej.
Co teraz? spytałam.
Idziemy na policję. Dobrze, iż mieszkania nie przepisałaś.
Zgłosiliśmy sprawę, ale Kingi ślad zaginął. Całe szczęście, iż nie zdążyła z konta zbyt dużo wyciągnąć, bo Sebastian gwałtownie wszystko poblokował. Karta znalazła się potem na dworcu w Łodzi
A z Jagódką? No cóż, polubiłam ją jak własną. Przez kilka miesięcy, czekając na decyzje sądu, zajmowałam się nią jak córką. DNA wykazało, iż Sebastian nie jest ojcem, ale nie mogłam już oddać tej maleńkiej istoty. Razem z Sebastianem zdecydowaliśmy: zostaje z nami, choć formalnie tylko ja mogłam być opiekunką. Załatwiłam jej przedszkole, a potem powoli wszystko się unormowało.
Rok minął. Sebastian skończył z wyjazdami i przywiózł żonę! Przedstawił mi ją na wejściu:
Mamo, poznaj Zosię. Od dziś będziemy mieszkać razem.
A Zosia od razu do mnie z uśmiechem:
Bardzo mi miło panią poznać! Mąż opowiadał mi już o Jagódce i jestem pełna podziwu dla pani podejścia. Gdyby pozwoliła mi pani być częścią życia tej małej, będę szczęśliwa!
A Sebastian dodał:
Kończę z wyjazdami, bierzemy Jagódkę oficjalnie do rodziny.
No i co Ci powiem Do oczu mi łzy napłynęły ze szczęścia.
Chodźcie do stołu, kochani! Ugotowałam ile się dało! Tak się cieszę!
No i trwa to nasze szczęście już tak drugi rok. Widocznie nie trzeba być spokrewnionym krwią, żeby być rodziną, prawda?












