ZINA-KUZYNKA

polregion.pl 5 dni temu

**ZOSIA-KUZYNKA**

Moja kuzynka Zosia w dzieciństwie była dla mnie wzorem do naśladowania. Mieszkała w Warszawie, ja zaś w Krakowie. Na wakacje rodzice co roku wysyłali nas na wieś do dziadków. Tam dniem i nocą nie rozstawałyśmy się z Zosią. To były szczęśliwe czasy.

Wszystko w mojej siostrze mi się podobało: i jej zgrabna sylwetka, i te przepiękne kręcone włosy, i warszawskie stroje. Choć dziś, z perspektywy lat, widzę, iż wcale nie była pięknością. Patrzę na jej dziecięce zdjęcia – niziutka, pulnawa dziewczynka z nieregularnymi rysami twarzy. Do tego miała wadę wymowy. Ale jej urok i optymalizm przyćmiewały wszystkie niedoskonałości. Wokół Zosi zawsze kręciła się gromadka chłopaków.

Mogłaby być przywódczynią, trzymać całą bandę w ryzach. Dzieciaki słuchały jej bez szemrania. Uczestniczyła we wszystkich szaleństwach, miała niespokojną duszę. Często jej zachowanie mnie niepokoiło. Ja byłam cicha i potulna…

Pewnego dnia Zosia przywłaszczyła sobie nową książkę o Kubusiu Puchatku. Wypożyczyła ją w wiejskiej bibliotece, a pod koniec lata przywiozła do Warszawy. Trzęsłam się ze szpiku. A nuż prawda wyjdzie na jaw! Miałyśmy wtedy po osiem lat. Dla mnie ten postępek był niezrozumiały. Byłyśmy przecież zuchami – uczciwymi dziewczynkami! Ale w głębi duszy podziwiałam i byłam dumna z takiej siostry! Z czasem książkę trzeba z powrotem oddać. Nalegał dziadek. A babcia, dla utrwalenia lekcji, „przypomniała” nam dębową łyżką. Tego dnia zostałyśmy surowoukarane i bezpowrotnie straciłyśmy dzienną porcję cukierków. Ja zawiniłam milczeniem, jak mawia babcia: „przestępstwa niebywałego”.

– Czy wy, głuptasy, nie wiecie, iż na wieśich ścianach uszy rosną? Powiesz, a wnet rozniosą po całej wsi! Nie postawisz wrót przy cudzych ustach! Wnioszki nauczyciela – złodziejki! Gdzie to słyszane?

Słowem – była to rodzinna aferca. Pewnie dlatego do dziś pamiętam tę historię.

Zosia świetnie pływała, skakała na spadochronie (chodziła do klubu skoczków) i biła się jak chłopak. Wrażeń z trzech letnich miesięcy starczyło mi do następnych wakacji. Byłyśmy nierozłączne, mimo iż różniłyśmy się charakterem. Ona – wiatr w polu, ja – cicha woda.

Dziadek był nauczycielem. Każde lato „katował” nas dyktandami i wypracowaniami. Ja – prymuska, zero błędów, piękne, ozdobne pismo. A Zosia? Strona pełna kleksów, litery tańczyły jak chciały. Ale ona choćby się tym nie przejmowała. Dziadek wściekał się:

– Jak wnuska nauczyciela może pisać tak byle jak?!

Zosia machnęła ręką. Babcia straszyła:

– Oto Weronika zostanie dyrektorką, a ty, Zosiu, będziesz zamiatać ulice!

Ale co tam…

Lata mijały, dorastalyśmy. Nie mogłyśmy doczekać się lata, by znów się zobaczyć. Zimą pisałyśmy listy. Najpierw dziecięce sekrety, potem dziewczcańskie. Jak to mówią – siostra z siostrą to jak rzeka z wodą.

Przyszła pora na zamążpójście. Dla mnie zbyt wcześnie. Wyszłam za mąż w wieku 17 lat i nigdy tego nie żałowałam. Córkę urodziłam w wieku 18 lat. Skoncónczyłam politechnikę. Zosia ledwo skończyła szkołę z „trójkami na świadectwie”. Poszła do szkoły pedagogicznej. Jej wybór był dla mnie zagadką. Z tą wadą wymowy, słabymi ocenami… Ciocia Marysia (matka Zosi) musiała wręczać prezenty dyrekcji, by córka z bólem ukończyła szkołę.

Później Zosia zabrała się za pisanie doktoratu. Ale zdrowie nie dopisało i musiała zrezygnować. Nie zdziwiłabym się, gdyby wróciła do tego na emeryturze… Siła charakteru!

W wieku 20 lat pojechałam do stolicy na jednodniową wycieczkę. Głównie po to, by wreszcie zobaczyć się z Zosią. Nie widziałyśmy się od kilku lat. Chciałam też poznać jej męża, Wiesława. Nie było mnie na ich ślubie. Ale nie przypuszczałam, czym się ta wymarzona wizyta skończy!

Najpierw zajrzałam z prezentami do cioci Marysi. Ta od razu zaczęła zawodzić nad zięciem:

– Weroniu, wszyscy byliśmy przeciwko temu pospiesznemu małżeństwu. Miałam dla Zosi świetnego kandydata. Wszystko szło ku ślubowi! A tu nagle pojawił się ten Wiesiek! Tyran, samolub i babiarz! Gdzie diabeł nie może, tam baba pośle… Zosia dała się omamić jak królik wężowi! Och, będzie się z nim męczyć, zobaczysz! Pewnie i rękę podnosi! Ale co zrobić – głupiego uczyć, co umarłego leczyć. Trzeba znosić. niedługo wnuczek. Nie pozbawiać dziecka ojca – narzekała ciocia Marysia.

Wysłuchawszy lamentu cioci i przygotowana na spotkanie z Wiesiem, poszłam do Zosi. Była w ciąży. Wypiękniała, ale w jej oczach pływała nieutulona tęsknota. Są kobiety, które lubią grać rolę ofiary…

Po rozmowie z Wieskiem całkowicie zrozumiałam ciocię. Ale Zosia… Moja dumna, nieugięta siostra była całkowicie podporządkowana swemu „tyranowi”!

Patrzyła na niego z uwielbieniem. Łapała każde słowo. A słowa Wiesia nie były ani poetyckie, ani wykwintne… Zaskoczyła mnie ta nagła zmiana w Zosi. Ale jak to mówią – mąż i żona to jedna strona. Wiesiek uważał się za króla przy tak potulnej żonie. Pławił się w jej miłości.

Czy on ją kochał? Wątpię. Trzeba przyznać, iż był przystojny – wysoki, postawny. Pewnie marzeniem niejednej dziewczyny. „Urodziwy, ale z charakterem” – myślałam. Od niego słyszałam tylko rozkazy. Żal mi się zrobiło Zosi. Ale ona odcięła krótko:

– Weronika, nie rób z siebie mojej matki. Nie potrzebuję czyjejś litości! U mnie wszystko w porządku! Jestem szczęśliwa z mężem!

Cóż, wola wolna…

Tamtego zimowego wieczoru świętowaliśmy mój przyjazd szampanem. Gadaliśmy, wspominaliśmy dziecięce psoty. Zdecydowaliśmy się na spacer po nocnej Warszawie. Było mroźno i wesoło. Gdy wróciliśmy, Wiesiek rozkazał (tak, rozkazał) Zosi:

– Żono, idź spać. MyPo latach zrozumiałem, iż każdy ma swój własny sposób na szczęście, a miłość czasem przybiera dziwne kształty – dziś patrzę na Zosię i Wiesia i widzę, iż ich świat, choć inny od mojego, jest dla nich prawdziwy i dobry.

Idź do oryginalnego materiału