Staropolska opowieść.
„Nie pojadę!” – krzyknęła Kazimiera i z trzaskiem zatrzasnęła drzwi swojej izby.
„I coś se myśli, królowa jakaś!” – syknęła Elżbieta poprawiając szlafrok. – „Na mojej szyi siedzi, a jeszcze warunki stawia.”
Kazimiera miała piętnaście lat. Jej ojciec zginął w wypadku dwa lata wcześniej, a choć rodzice byli po rozwodzie, jej matka Helena nie poradziła sobie z żalem: najpierw łzy, potem wódka, w końcu karetka. Potem już tylko cisza. Serce stanęło.
Dziewczyna nie trafiła do domu dziecka – zabrała ją ciotka, siostra ojca – Agnieszka, surowa i małomówna kobieta o siwym warkoczu. To ona objęła nad Kazią opiekę. ale po pół roku pozbyła się dziewczyny jak zbędnego balastu: „Kazia nieposłuszna, nie do opanowania, mieszkać z nami nie chce, a mąż się sprzeciwia. U Elżbiety miejsca starczy.”
Tak Kazimiera trafiła pod dach macochy. Elżbieta była drugą ż
I nigdy już nie czuła się w tym domu jak intruz, tylko jak jego źrenica oka, wokół którego wszystko kręciło się z naturalnym ciepłem i wspólną historią.